Przeklęty pączek, diabelskie spodnie

Pół dnia łaziłam z Lucziją po ciuchlandach w poszukiwaniu spodni ciążowych. Właściwie to 2 godziny, ale zaprawdę czuję, jakby trwało to pół dnia. Znowu przypomniałam sobie, że nie lubię szopingu. Ale gacie trzeba mieć.
Niestety wybór mizerny: albo nie ma, albo są za małe. Zostaje allegro i leginsy z tunikami na razie.

Ponieważ po obchodzie całego centrum szlakiem lumpeksowym zostało nam kilkadziesiąt minut do mojego autobusu, Luczija zaprowadziła mnie do cukierni i coś cicho wspomniała o pączku. Tak też w moim przypadku skończyło się na dwóch.
I nie byłoby to najgorsze, takie małe obżarstwo po morderczym marszo-szopingu, gdyby nie to, że wraz z ostatnim kęsem drugiego pączka poszły sobie gdzieś hen daleko kotlety mielone, które chodziły za mną od kilku dni, a nie było okazji, by je zrobić. A już sobie zdążyłam ułożyć cały plan od momentu wyjścia z autobusu, przez rajd po Biedronce po cebulę i mięso do zmielenia, po proporcje przypraw dodanych do kotletów już w domu. Już słyszałam, jak skwierczą na patelni.
I zostałam z pustką, nicością. Pączkiem w brzuchu.

Przełknęłam jednak tę porażkę i mimo wszystko postanowiłam wejść do sklepu i kupić to nieszczęsne mięso na wypadek, gdyby znowu mi się go zachciało. I ktoś bezczelnie na mojej drodze między regałami postawił pomarańcze i mandarynki! Ledwie ochłonęłam (w koszyku już spora paczka jednych i drugich) i z lekkim przymusem i grymasem niechęci sięgnęłam po łopatkę wieprzową.
Leży (już nie kwiczy) i czeka.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.