Historia pierwszej zachcianki

Doczekałam się nareszcie jakichś konkretów, bo do tej pory z braku mdłości i innych ciekawych przygód pierwszego trymestru musiałam uwypuklać drobnostki, żeby dodawać sobie ciążowego animuszu. Bo umówmy się, chodzące za mną przez 4 dni kotlety mielone i pryskające pod wpływem jednego pączka (no dobrze: dwóch) są słabe. Na razie miałam bardziej odechcianki niż zachcianki. I to się zmieniło.

Wszystko odbyło się podręcznikowo. W sobotę zakosztowałam prawdziwej, ukiszonej w domowym zaciszu, kapusty i się rozpłynęłam. Miałam cichą nadzieję na dokładkę w niedzielę podczas obiadu u rodziców Tomka, ale nic już nie zostało. W poniedziałek już snuliśmy plany zakupu dużego garnka glinianego, żeby przygotować sobie mały zapas. Już chciałam dzwonić i popędzać moją rodzinę, żeby w tym roku szybciej udeptała coroczną porcję (niektórzy mieli okazję zakosztować, bo u mnie w domu kisimy kapustę od zarania moich dziejów). I wtedy coś we mnie pękło. Musiałam mieć jakąś niecodzienną moc w głosie, gdy mówiłam, że naprawdę potrzebuję tej kapusty, bo Tomek od razu kazał się ubierać i pędem przez pola i wsie pojechaliśmy do małego sklepiku pośrodku niczego, w którym pan przygotowuje swoją kapustę i nie zalewa jej octem, jak czynią dostawcy marketów.
I wtedy już było wszystko dobrze.

Nawet teraz, gdy to piszę, zaczyna cieknąć mi ślinka, więc sorry, ale lecę do lodó

9 komentarzy
  1. 07/11/2013
  2. 07/11/2013
  3. 07/11/2013
  4. 07/11/2013
  5. 08/11/2013
  6. 08/11/2013
  7. 08/11/2013
  8. 08/11/2013
  9. 08/11/2013

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.