O smakach się nie dyskutuje

Obiecuję, że kiedyś poruszę inne tematy niż atrakcje gastryczne, ale jestem w fazie fascynacji, jak to w ogóle możliwe i o co właściwie chodzi z tymi zachciankami. Patrząc na nie z zewnątrz, można oczywiście tłumaczyć się burzą hormonalną, wzmożonym zapotrzebowaniem na konkretne składniki i dostosowywaniem się organizmu do zaspokajania potrzeb nie tylko swoich.
Nawet sklasyfikowano i nazwano zjawisko na te najbardziej hardkorowe ochotki, np. na lizanie ścian czy podjadanie popiołu z papierosów. To tzw. pica i szczęśliwie póki co omija mnie szerokim łukiem. No dajcie spokój.
Ale jak to jest, że przestają istnieć granice dobrego smaku (tu w znaczeniu bardziej dosłownym) i jesteśmy w stanie popijać czekoladę wodą z ogórków?


Odkryłam tę tajemnicę wczoraj i okazuje się, że to banalnie proste. Wręcz trywialne.
A było to tak. Zjadłam po południu kanapki z nieodłącznym ostatnio majonezem, który niestety coraz bardziej się kończy. Mało mi było i musiałam dogryźć kiełbasą, która w połowie przestała mi zupełnie smakować. Bardzo przestała, ojoj. Okazało się, że musimy już wychodzić na spotkanie w centrum, ponieważ jest pora największych korków i nie wiadomo, czy w ogóle zdążymy. Ale ja zostałam z tym niefajnym smakiem kiełbasy przecież. Wyjście było jedno. 
W samochodzie Tomek tylko patrzył, jak spokojnie rozkrawam sobie nożem kolejne pomarańcze, które maskowały niechciany kiełbasiany smak.
Nic nie ma w tym nadzwyczajnego. Po prostu zachciankami niwelujemy niesmak nagłych acz gwałtownych odechcianek.
6 komentarzy
  1. 09/11/2013
  2. 09/11/2013
  3. 09/11/2013
  4. 12/11/2013
    • 12/11/2013
  5. 21/11/2013

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.