Pisia Gągolina, czyli MMI na Marsa

Tytuł właściwie mówi wszystko, więc co ja się tu będę. Jednak gdyby ktoś nie rozkminił, to wyjaśniam, od końca. Mars jest patronem jednej ulicy w naszej stolicy (rym gratis). Zapakowaliśmy się w środę w nocy do auta i z Dolnego Śląska przez Łódź (tu przerwa na siku, drzemkę, wymarzone pączki i oddanie psa pod opiekę) pomknęliśmy do Warszawy. Stolica państwa ma to do siebie, że gromadzi wszystkie albo większość (nie sprawdzałam) ambasad świata, a my potrzebowaliśmy jednej z nich. Konkretnie — indonezyjskiej.
Po co, po co. Nad tym będziemy lamentować przez 6 długich tygodni, już niebawem.
Złożyliśmy wniosek, dostaliśmy klucze do tymczasowego mieszkania i poszukaliśmy czegoś do jedzenia, ze szczególnym naciskiem na to, że wyboru dokonać musi Tomek — z uwagi na moją gastronomiczną abulię. Padło na knajpę z kuchnią staroturecką, gdzie zjedliśmy przeprzeprzepyszny kebab cielęco-barani. Bardzo ubolewałam nad tym, że on taki pyszny, podczas gdy ja już się objadłam do granic żołądka, przełyku i gardła razem wziętych (co nie przeszkodziło mi w wypiciu kilku porządnie przegazowanych łyków koli).
I ruszyliśmy na Marsa, żeby poustawiać stoisko z książkami, co udało się załatwić błyskawicznie.

Następne 3 dni strzeliły nam że ho ho: od 6 do 23 na nogach, stanie, sprzedawanie, opowiadanie o książkach. Wyżeranie kanapek i mandarynek w ukryciu, popijanie soku z kapusty i dla relaksu delikatne pranie mózgu na MMI, czyli Milioner Mind Intensive, czyli Umyśle Milionera, czyli wielkim (2,5 tys. osób) iwencie szkoleniowym z klaskaniem, przybijaniem piątek i innym wprawianiem się w szkoleniowego pałera. Nie ma się co rozpisywać, przekonać — nikogo tym nie przekonam. Kto wierzy w takie wydarzenia, ten na nie jeździ, kto jeździ, ten ma efekty i jeszcze bardziej wierzy. Kto z góry zakłada, że to sekta, ten nie jeździ ergo efektów mieć nie będzie. Jak mawiał Heniek Ford: Jeżeli myślisz, że coś możesz lub cze­goś nie możesz, za każdym ra­zem masz rację.
W każdym razie Tomek stał się naszym odkryciem, wygenerował nam jakieś 75% sprzedaży, nigdy wcześniej nie mając do czynienia ani z handlem w ogóle, ani z tymi książkami! Teraz wiemy, że Tomek sprzeda wszystko, wszystkim. Nawet wiadro piachu. Beduinowi. Na środku pustyni.

Na szczęście ja się czułam bardzo dobrze. Może poza oczywistymi dolegliwościami targowymi w stylu odpadające stopy od ciągłego stania. Świeciłam wszystkim brzuchem, który głośno krzyczał, że nie jest tylko mój, co prawdopodobnie i tak zostało zignorowane.

Wygrzebaliśmy się w poniedziałek rano i przez indonezyjską ambasadę (Tomek odradził mi żartobliwe wyartykułowanie im uwagi, że ktoś odwrotnie założył flagę na maszt), przez Łódź bez pączków, bo pan prezes odsypiał mecze, przez odebranie psa, który nie jadł chrupków, wróciliśmy na Dolny Śląsk, zauroczeni nazwą mijanej na autostradzie rzeki — Pisi Gągoliny.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.