Słoiki

Nie wiem, jak to się stało, ale zapanowała jakaś dziwna moda wśród moich znajomych na słoikowe podarunki.
Chyba zaczęło się od mojego niezapomnianego pobytu na wsi u Luczii ponad 2 lata temu, kiedy gotowałyśmy obiad dla 220 pielgrzymów. Trochę przeciągnęła mi się wizyta, bo nie mogłam się nacieszyć wiejskim mlekiem, własnoręcznie robionym twarożkiem, pakowaniem dopiero co zerwanych ogórków do słoików i… Luczijową spiżarnią, do której co roku dokładano nowe słoiki, nie wyjmując poprzednich. Wyszperaliśmy kilka niezłych okazów, jak widoczne na zdjęciu mirabelki sprzed 20 lat, tak zawekowane, że nie do otworzenia. Jakoś się udało, ale były już prawie nie do zjedzenia, a i mama z babcią goniły nas za nie. Nawiozłam sobie mnóstwo dobra z tamtego wyjazdu do domu. Soki, dżemy, konfitury.
A teraz, odkąd mieszkam we Wrocławiu i często widzę się z Lucziją, okazuje się, że prześcigamy się w obdarowywaniu swoimi przetworami. Jak ja wcisnę suszone pomidory, to Luczija bach! odwdzięcza się powidłami śliwkowymi z kakao.
Ostatnio jechaliśmy do Trzebnicy na imprezę andrzejkowo-poweselno-parapetówkową, na którą zabrałam dla Luczii, już-nie-Tygrysa i Natalii po kwasie buraczanym i po flaszeczce soko-kompotu żurawinowego. I już w samochodzie się zaczęło:
Luczija: Mam dla ciebie słoik.
Ja: Ha! A ja mam dla ciebie dwa słoiki!
Luczija: Ha! Ha! A ja tak naprawdę mam dla ciebie trzy!
I od słowa do słowa wyszło na to, że dostałam przepyszną konfiturę dyniowo-pomarańczową, słoik niespodziankę i żurawiny w formie dżemu, ze specjalną dedykacją.
Już-nie-Tygrys, czyli Tygrys w wersji zamężnej, dołączyła do zabawy, świecąc na gości słoikami z sokiem malinowym i mirabelkami (znowu one). Refleks nie ten, więc na sok się nie załapałam, ale dostałam przydział na mirabelki.
Tyle tytułem wstępu.

W środę mój wzrok zatrzymał się na tych zamkniętych w słoiku kulkach o kolorze słońca, pływających w zalewie niczym moje dziecko we mnie. Już czułam ich słodycz na języku, na podniebieniu twardym oraz miękkim, na dziąsłach i na ścianach nosogardzieli. Przecież musiały być słodkie. Przecież tak słodko pachniały.

A one były pieruńsko kwaśne.

To zdecydowanie nie był dzień na kwachotki. Przynajmniej nie był to poranek na kwachotki. Wieczorem rozmawiałam z już-nie-Tygrysem, żaląc się na niespodziewany smak jej mirabelek. I tak się żaliłam, tak się żaliłam, że aż zapałałam miłością do czegoś kwaśnego. Czegoś tak dokładnie i proporcjonalnie kwaśnego, jak mirabelki, na które się żaliłam. Spróbowałam, czy na pewno. Na pewno. Obaliłam cały słoik, wypiłam całą zalewę i już za nimi tęskniłam.

Tego, co przeżyłam w ciągu następnych 30 minut, nie da się opisać. Dość powiedzieć, że raz na 30 lat każdy powinien sobie zafundować taką błyskawiczną kurację oczyszczającą, a na porodówkach powinni zastanowić się nad takim pysznym zamiennikiem dla lewatyw! Zamawiam słoik na długi majowy weekend!

2 komentarze
  1. 08/01/2015

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.