Mama AntyGadżet

Dziwne, bo zawsze uważałam się za gadżeciarę. Zaczęło mi przechodzić, kiedy moje umowy z operatorami komórkowymi przestały nadążać za światową technologią i nie miałam telefonów na czasie. Przy okazji odkryłam, że z telefonu i tak najczęściej dzwonię lub piszę SMS-y. Cała reszta sporadycznie.

Ciąża to świetny żer dla różnorakich, większych lub mniejszych producentów czegokolwiek. Zjawisko burzy hormonów daje z reguły dobry powód, by myśleć, że przyszłym mamom da się wmówić, że potrzebują wszystkiego.
Doprawdy sama siebie podziwiam za to, że uważam, że wszystkiego nie potrzebuję. Nic mnie nie kusi, czuję oddech i wolność wyboru. Czuję, że to, co kupię, jest tym, co kupić chcę naprawdę.

Odpadnie mi trochę latania — czy po sklepach, czy po sieci — za przeróżnymi butelkami na każdą okazję i pogodę. Wiadomo, że wszystko zweryfikuje życie, ale w tej chwili zakładam, że jako logopeda z zawodu i zamiłowania, zrobię wszystko, żeby wykarmić swoje dziecko piersią. A nie dam tym podstępnym koncernom zarobić, a fe! Odpadnie w związku z tym szukanie wszelakich akcesoriów do butelek, od podgrzewaczy, przez sterylizatory po termootulacze (czy jakkolwiek się je zwie).
Nie będę się przejmować, że Mała nie ma kołyski, bo teraz taka moda wróciła. Wystarczy nam łóżeczko, a przewiduję, że i ono będzie na wyrost kupione, a spać będziemy wszyscy w trójkę w naszym łóżku. Ale za dnia jest możliwe, że się przyda. Natomiast nie będę się bawić w słodkie-bóg-wie-po-co baldachimy nad łóżeczko i całe ich oprzyrządowanie. Od słońca w pokoju uchronimy się inaczej. No chyba że jest jakaś funkcja takiego gadżetu, o której nie wiem (poza zbieraniem kurzu w niewygodne zakamarki)? Przy okazji łóżeczka wspomnę, że nie zamierzam kupować karuzelki do zawieszenia na ramie. Po pierwsze, na początku dziecko w ogóle jej nie dostrzega (nie te kolory, nie ta odległość). Po drugie, gdy zaczyna ją dostrzegać, to owszem, jest zafascynowane, ale krótko, bo ile może fascynować coś, do czego nie sięgam rękoma? A melodyjki podobno potrafią w końcu człowieka nerwowo rozstroić. A poza tym przeszkadza to-to i utrudnia swobodę ruchów.

Podobny stosunek jak do karuzelki, mam do mat edukacyjnych. Nie wiem, rozważę. Teraz na pewno nie będę zaprzątać sobie nimi głowy. Mądre głowy powiadają, że dziecku wystarczy koc i mama lub tata.
Najtrudniejsza decyzja dotyczy wózka i jeszcze jej nie podjęłam. Serce woła, że chusty wystarczą, rozum podchrząkuje, że przydałby się do posiedzenia w cieniu na ławeczce z książką. Nie sądzę jednak, by był to zakup, nad którym będę się roztkliwiać, że ach och i resory. Prawdopodobnie kupię, jeśli nadarzy się ku temu okazja.
Blisko wózka krąży temat leżaczka-bujaczka (bo niektórzy bujają dzieci w wózku). Bujaczkom mówimy stanowcze nie. Stymulacja układu przedsionkowego (czyt. błędnika) jest bardzo ważna, ale nie będziemy obciążać takiego malucha tego typu doznaniami. Przyjdzie na nie czas, a i bez tego nowo narodzony błędnik ma nadmiar wrażeń do ogarnięcia.

Nad jakimi gadżetami jednak się pochylę? Na pewno nad laktatorem. Wiele mam mówi, że im się nie przydał, że po co. I bardzo dobrze, oby! Ja jednak czuję, że będzie mi pomocny w razie kłopotów i w te weekendy, gdy będę pędzić na cały dzień na uczelnię. Poszukam dobrej (jednej, ale naprawdę dobrej) butelki do karmienia (z bólem serca i piersi, ale niestety nie zabiorę Małej na zajęcia), już mam jedną upatrzoną, muszę tylko potwierdzić o niej informacje — którymi się oczywiście podzielę. Poczytam także i podejmę decyzję co do opieluchowania, bo korci mnie opcja wielorazowa. Właściwie jestem na nią zdecydowana, muszę tylko doczytać o szczegółach. Chwilę prawdopodobnie spędzę nad tematem fotelika do samochodu, bo bezpieczeństwo rzecz święta.

Nie liznęłam jeszcze tematu kosmetyków, bo sama stosuję je jak na lekarstwo. Spokojnie się z Tomkiem mieścimy w łazience na jednej półce i to w proporcjach mniej więcej pół na pół. Na to daję sobie jeszcze czas. Na razie wchodzę w temat ubranek i tu też jest co robić i nad czym się głowić.
Nie sposób zresztą wymienić ciurkiem wszystkie elementy wyprawki, jakie przychodzą mamom do głów. Grunt to zadać sobie przy każdym z nich pytanie: „Jezu, a po co mi to?” — i jeśli znamy odpowiedź, możemy kupić. Jeśli za nic nie potrafimy znaleźć zastosowania tego czegoś choćby w wizjach — nie kupujmy. Albo okaże się z czasem, jakie to konieczne, albo zaoszczędzimy kupę kasy, obchodząc się bez takich gadżetów.

Ej… no chyba że ja jestem skąpa?

Zdjęcie maty pożyczyłam stąd: http://www.ofeminin.pl/ladne-rzeczy/pomysly-na-prezenty-ciaza-i-dziecko-prezenty-d9100c169739.html.

20 komentarzy
  1. 20/01/2014
  2. 20/01/2014
    • 21/01/2014
  3. 20/01/2014
    • 21/01/2014
    • 21/01/2014
    • 21/01/2014
  4. 21/01/2014
    • 21/01/2014
    • 21/01/2014
  5. 21/01/2014
    • 21/01/2014
  6. 21/01/2014
    • 21/01/2014
    • 21/01/2014
  7. 22/01/2014
    • 22/01/2014
  8. 31/01/2014
    • 01/02/2014
    • 07/02/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.