Jaki tu spokój…

…na na na na
Nic się nie dzieje…
…na na na na!

Czyli szybka aktualizacja.

Na wypisie ze szpitala (o czym pisałam tu) przykazano wizytę kontrolną u lekarza prowadzącego w ciągu tygodnia. Ale jakoś zebrać się nie mogłam, bo zaczęłam się doktora trochę obawiać i nieco tracić zaufanie. Miałam wrażenie, że niezmiernie zależy mu na tym, żebym do majówki urodziła. Albo do świąt. Szybko w każdym razie, no bo remont na porodówce, bo majówka, bo grille, bo co kto tam lubi. Co więcej, sprawiał wrażenie, że on mi to załatwi, wszak jest wszechmogący.
Dlatego bałam się do niego zadzwonić, ale jednak ciekawość zwyciężyła i w czwartek, po 2 tygodniach od wyjścia ze szpitala, zadzwoniłam zapytać, czy mam sobie czekać spokojnie czy może się pokazać. Wyszło, że zdecydowanie pokazać. Następnego dnia. Na izbie przyjęć. Ohooo! To będzie cyrk z próbą zostawienia na oddziale na obserwację tudzież celem wspomożenia natury.
Na wszelki wypadek wyrychtowałam się pożądnie, naszykowałam ostatnie rzeczy z wyprawki szpitalnej (oprócz klapków, bośmy zostawili je u Tomka rodziców) i stawiłam się dnia następnego na izbie.
Ależ zawód sprawiłam. Żadnych oznak zbliżającego się porodu. Szyjka co prawda wyraźnie skrócona, ale jednak zamknięta. Wody nie odpływają, a na domiar złego skurczy brak.

— No ale nie chcesz zostać w szpitalu…? Tak na wszelki wypadek…? Tak, żeby nie musieć po nocach się tłuc w razie czego? — zalotnie zapytywał doktor.
— No nie… bo panie doktorze, bo ja mam jutro i pojutrze zjazd na studiach, ciekawy taki, to bym jeszcze poszła, hę? — równie zalotnie odpowiadałam.
— Noż ty to jesteś nie do podrobienia!

Zostałam odesłana jedynie na KTG (które było ostatnią nadzieją doktora, że znajdzie jakiś miniczynniczek dający mu pretekst do zostawienia mnie w szpitalu), ale i ono wyszło poprawnie.

Przy okazji muszę pochwalić własną macicę, która z poziomu napięcia 9–11% dwa tygodnie temu doszła do 35–43% w piątek. Ja dalej nic nie czuję.
Dostałam jeszcze ostatnie instrukcje, w razie jakich objawów zgłosić się na izbę przyjęć do rodzenia. Świetnie, bo dostałam ją również podczas pobytu w szpitalu, ale za żadne skarby przypomnieć sobie nie mogłam, co było trzecim — obok odpływania wód i regularnych skurczy — objawem. A to krwawienie jest.

Jak się odgrażałam, tak też zrobiłam. Weekend spędziłam na uczelni, swoim pojawieniem się w dwupaku wprowadzając grupę w różne stany — od zdziwienia po podziw (każde manifestowane westchnięciem).
Podczas zajęć z pierwszej pomocy przedmedycznej zostałam fantomem. Dzięki temu dziewczęta będą wiedziały, jak postępować, a jak nie z nieprzytomną ciężarną.
W przerwach zdałam sobie sprawę, że to ostatni zjazd z Natalią w środku. Towarzyszyła mi od początku studiów, a od następnego razu (kiedybądź on nadejdzie, planowo 17–18 maja) będzie czekała z tatą gdzieś pod salą, żeby wywołać mnie krzykiem lub wibrą telefonu. Na cyca, rzecz jasna.
Mam nadzieję, że nasłuchała się przez te kilka miesięcy mądrych rzeczy i będzie jadła jak należy. I ssała, oddychała, połykała, kąsała, odgryzała, żuła, zwracała, fonowała. I trzymała główkę, i podpierała się rączkami. I pokaże piękną trakcję, i przekroczy linię media.

Ja tymczasem — skoro dotrwałam do dziś — postanawiam urodzić według terminu, a do tego czasu przygotować jeszcze książkę do druku. Przy okazji obmyślamy z Tomkiem sposoby natury fizycznej i metafizycznej na wykurzanie Małej Uparciuszki z jej apartamentu, zwłaszcza że piętro wyżej szaleje zgaga.

20 komentarzy
  1. 28/04/2014
  2. 28/04/2014
    • 28/04/2014
  3. 28/04/2014
  4. 28/04/2014
    • 28/04/2014
  5. 28/04/2014
    • 28/04/2014
    • 28/04/2014
    • 28/04/2014
  6. 28/04/2014
  7. 28/04/2014
  8. 28/04/2014
  9. 30/04/2014
  10. 02/05/2014
  11. 03/05/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.