Droga mleczna. Początek

Minął miesiąc i nasza droga mleczna snuje się wybornie, ale warto wrócić do początków, a nawet prapoczątków. Ku pamięci i ku pomocy przyszłym świeżym mamom. Wszystko działo się w ciągu 4–5 dni, a historia wyszła bardzo długa. Nie mam zamiaru zgrywać bohatera, bo problemy laktacyjne bywają stokrotnie poważniejsze od moich. Gdyby jednak ktoś zetknął się z podobnym problemem u siebie, niech pamięta, że można łatwo z tym wygrać.

Prapoczątek

To, że będę karmić piersią, nie podlegało u mnie żadnym dyskusjom, nie miałam żadnych wątpliwości i nigdy się nad tym dłużej zastanawiałam. To było dla mnie najoczywistsze i stanowiło jeden z fundamentów mojego wczesnego macierzyństwa, jakie sobie wymarzyłam.
Organizm mój zresztą pomagał mi i utwierdzał w przekonaniu, że jestem stworzona do karmienia, bo już od 15. tygodnia ciąży rozpoczął produkcję siary. Zdarzyło się nawet, że tu i ówdzie przeciekło — ot, na przykład na praktykach — wprawiając mnie z małe zakłopotanie. O należytą pracę piersi więc się nie martwiłam.

Okołoporodowo

Sprawy poukładały się tak, że zamiast porodu naturalnego wyszło cesarskie cięcie. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam nawet pożałować, że nie dostanę Maleństwa zaraz po porodzie na brzuch, nie będzie magicznych dwóch godzin, pełzania do piersi i bezcennych pierwszych kropelek siary.
Szczęście w tym całym nieszczęściu było takie, że oprócz mnie nikt w całym szpitalu wtedy nie rodził. Cała sala porodowa była wolna i personel chyba z nudów dał nam możliwość poprzytulania Natalii zaraz po porodzie. Najpierw przytulał ją Tomek, a ja wtedy jeszcze na sali operacyjnej wsłuchiwałam się w dziwaczne dialogi lekarzy o tym, gdzie co jest i dlaczego nie należy tego zszywać. A kiedy mnie już wywieźli, zobaczyłam rozbawionego Tomka, który powtarzał córeczce, że niestety nic mu nie poleci, choćby nie wiem jak się starała zassać. A dossała się do swetra.
Ale nadjechałam ja, mama, odchyliłam poły szpitalnej kiecki do cesarek i dostałam Natalię na piersi. I było pełzanie, dostawianie, ssanie i kropelki siary. Nie w takich okolicznościach, w jakich miało być, ale najważniejsze, że miałam ją w tych pierwszych minutach.
Czułam, że jest źle przyssana, bo okropnie szczypało. A pamiętałam słowa doradczyni laktacyjnej z warsztatów, że karmienie nie boli. Mnie bolało, ale nie mogłam za wiele zrobić, bo nawet głowy podnieść mi nie pozwolili (o czym co rusz zapominałam).
Postanowiłam nad techniką popracować w bardziej sprzyjających okolicznościach, gdy będę mobilniejsza, a teraz po prostu cieszyć się chwilą, córką, Tomkiem i sobą.

Akcja sutek

Dostałam córkę z powrotem następnego dnia, na pewno dokarmioną sztucznym mlekiem, bo jakżeby. Zresztą spała jeszcze i spała. Ja się na nią gapiłam, a ona dalej sobie spała. Nadeszła jednak chwila pobudki, pierwsze przewinięcie i hajda do piersi.
Lewa odpadła w przedbiegach. To była ta lepsza. Ta, która się silniej przez całą ciążę produkowała. Ta, do której przystawiłam Natalkę po porodzie i ta, która została strasznie pokąsana. Do krwi, do strupa.
Prawa z kolei zaczęła robić cyrki z sutkiem. No nie chciało się jedno dopasować do drugiego (czyt. pierś do Natalii) i vice versa. Trochę ssała, zaraz puszczała i krzyczała. Tak minął nam pierwszy wspólny dzień.
Szybka konsultacja SMS-owa z G. i doświadczoną współlokatorką w pokoju i już alarmowałam Tomka, że ma stanąć na głowie i w sobotni trzeciomajowy (czyli wolny!) poranek odnaleźć czynną aptekę, która ma nakładki silikonowe Medeli i żadne inne!
Ja w tym czasie przystawiałam Natalię do prawej piersi, z której nie chciała jeść, i do lewej, z której ja nie chciałam karmić, bo gwiazdki w oczach mi się pokazywały, gdy tylko ten mały skubaniec się tam z wściekłością dossał. Właściwie to gdy tylko spoglądałam na ten sutek, to miałam ochotę zdjąć cyca i uciec.
Tomek około południa dotarł z nakładkami (jednak nie tak łatwo znaleźć świąteczną aptekę, która MA i WIE, co to za nakładki). Wyparzyliśmy je w kubku na herbatę i pełna nadziei dostawiłam Natalię.

BLEEE!

Co silikon, to silikon. I choć dziewczyny zapewniały, że to najcieńszy na rynku, to i tak nie był gołą piersią, którą można poduźdać i pokąsać.

Kryzys

Natalia zasnęła, ja się zastanawiałam, co robić. Na spóźnionym obchodzie na pytanie „czy wszystko w porządku” rozwaliłam się i rozkleiłam, i wydukałam, że walczę z karmieniem. 
Łzy działają. Nawet bezduszne położne się zatroskają. Ta z obchodu (nie taka bezduszna do końca) obiecała, że przyjdzie mi pomóc. Przyszła, obudziłyśmy Natalię i próbowałyśmy opanować jej ryk. I mój ryk. I dostawić. Po krótkim wywiadzie odkryłam, że Natalia spała już 6 godzin, co jest stanowczo za długo jak na noworodka. 

Okazuje się bowiem, że moje rozumienie karmienia na żądanie zdecydowanie rozmija się z tym niby właściwym. Dopiero w domu dowiedziałam się, doczytałam, że należy uważać na spadki poziomu cukru we krwi, bo taki przegapiony 4-godzinny sen może się przeistoczyć w patologiczny z powodu tego cukru właśnie. Szkoda, że nie wiedziałam o tym, mój błąd.

Porażka

Wtedy usłyszałam, że nie ma na co czekać. Dziecko jest wściekle głodne i nie poradzimy sobie z nim, dopóki się nie naje. Trzeba dokarmić.
Ja w ryk.
Jak dokarmić, przecież mam mleko. Przecież jestem w stanie wykarmić swoje dziecko. Ooo, milion uczuć i emocji mną targało, a na zewnątrz łzy.
Trzeba było działać, wzięłam Natalię do tego wózeczka i przeszłam jak skazaniec przez korytarz, by wyszlochać położnej w dyżurce, że proszę o mleko.
Mleko dostałam, instrukcję karmienia dostałam. Nakarmiłam, przełykając gorzkie łzy porażki. Wciągając obrzydliwie gluty, wysłuchiwałam pocieszeń położnej od mleka, że to przecież nie koniec świata, że się uspokoimy obie i wtedy się uda.
Po 3 godzinach wybudziłam brutalnie córkę, przystawiłam do piersi, a gdy zaczęła się histeria, poczłapałam po butlę (ale tylko trochę).

Ryk

Na wieczornym obchodzie, a jakże, na pytanie o samopoczucie znowu ryknęłam, że walczę z karmieniem. Łzy jak grochy i kolejna już położna się musiała nade mną ulitować. Nie lubię się ulitowywania nade mną, ale wyjścia nie było, a łzy płynęły same. Mimo że myślałam co innego.
Przyszła więc ta położna i usiadła obok mnie, pogłaskała po rękach i zaczęła uspokajać. Ja ryczałam i szlochałam.
Sprawdziła piersi.
— Ooo, ile siary w lewej. Ooo, a z prawej na ścianę trysnęło. No ma pani dużo mleka.
Ja ryk. Bo co z tego.
— I ma pani piękne chwytne brodawki.
Ja ryk. Jak chwytne, jak dziecko chwycić nie raczy? No jak?
— I piersi nie są pełne.
Ja ryk. No właśnie! Nie są!
— Ale to dobrze, dobrze, łatwiej złapać. Nie zawsze jest nawał pokarmu. U pani chyba nie będzie.
Ooo, naprawdę? Ryk się zmniejszył.
— Proszę nie dokarmiać. Da pani radę.
— Ale ja już dokarmiłam.
— A to szkoda, niepotrzebnie.
Ja ryk. Jak niepotrzebnie? Zdecydujta się, baby!
— Ale nie trzeba płakać.
Ja ryk…
— No dobrze, czasem trzeba.
Ustaliłyśmy, że za 3 godziny, gdy przyjdzie pora nakarmić, zawołam tę położną do pomocy. Ale już teraz dała ostatnią radę. Zadała najważniejsze pytanie, jakie mogłam usłyszeć.
— Czy zniesie pani płacz własnego dziecka?

Walka

To było bardzo bardzo dla mnie ważne. Obmyślając strategię, cudownie się uspokoiłam. Zaczęłam myśleć zadaniowo, a zadanie było jedno. Nakarmić głodne dziecko. Zniosę jej płacz. Wejdę w rolę terapeuty. Damy radę.
Obudziłam Natalię, usiadłam na krześle dla gości, bo miało oparcie, a ciężko znaleźć dobrą pozycję po cesarskim cięciu i zaczęłam dostawiać. Natalia ryczała, puszczała, ryczała… a ja spokojnie, bez emocji, bez ryku i bez strachu zebrałam wszystkie siły, żeby pięknie zassała.
Miziałam po policzkach (odruch szukania), uspokajałam własnym palcem wsadzonym do buzi (odruch ssania), smyrałam pod brodą (odruch połykania). Wszystko to sprawiło, że nie zdążyłam iść po tę cudowną położną, a Natalia po dwóch godzinach odpłynęła ululana moim mlekiem. Więcej butli z mieszanką nie widziała.
W nocy smarowałam sutki swoim mlekiem i Maltanem (jest świetny i nie trzeba go zmywać przed karmieniem). Spałam topless i wietrzyłam. Położne mierzące rano temperaturę były zachwycone widokami.

Spadki i wzloty

Nie ruszył mnie kolejny spadek wagi następnego dnia. Ani jeszcze następnego. Nikt już nie był w stanie wmówić mi, że nie nakarmię należycie swojej córki. 
Wszystko pozostawało jeszcze w normie, więc nie pozwoliłam siać paniki. Wyszłyśmy do domu z niemal 10-procentowym spadkiem masy ciała i przykazaniem częstej kontroli wagi. 
Następnego dnia po wyjściu przyszła już położna, ze swoją wagą, i okazało się, że Natalia utyła 50 gramów. Dziadek łódzki śmiał się, że pięćdziesiątkę sobie golnęła, to ma. Mnie rozpierała duma. Na twarzy malował się uśmiech mistrza.
Przy okazji położna ta dostawiła Natalię do lewej poranionej piersi w taki sposób, że nie bolało. Już nie chciałam uciekać. Już nie użyłam więcej nakładki.
Piersi się wygoiły szybciej, niż się spodziewałam. To jakaś nadludzka moc regeneracyjna w nich tkwi, bo widok tych strupów zwiastował co najmniej tydzień gojenia, a wystarczyły 3 dni. Od tej pory problemów nie mam. Faktycznie nie było nawału pokarmu. Nie było problemów z zastojami. Z brakiem mleka. Wszystko reguluje się według potrzeb zgłaszanych przez mojego małego ssaka.

Sielanka

Wymyślamy sobie coraz fajniejsze i wygodniejsze pozycje. Natalia pije bardzo łapczywie, a zdarza się, że ze mnie leje się samo, co w prostej linii prowadzi do notorycznych zakrztuszeń. Ale jaki odruch kasłania wyćwiczony!
Dziś mogę potwierdzić. Karmienie naprawdę nie boli.
9 komentarzy
  1. 04/06/2014
    • 05/06/2014
  2. 04/06/2014
    • 05/06/2014
  3. 05/06/2014
  4. 05/06/2014
  5. 06/06/2014
  6. 08/06/2014
  7. 09/06/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.