Dlaczego znów nie było mnie na spotkaniu chustowych mam, ale co z tego nam wynikło

Od kilku tygodni wybieram się na poniedziałkowe spotkanie chustowych wrocławskich mam. I od kilku tygodni ani razu na nie nie dotarłam. Głównie przez upały, podczas których kryłyśmy się z Natalią daleko od okien. Ale teraz nareszcie upały sobie poszły, spotkanie było umówione w parku lub knajpie (w zależności od obecności deszczu) i wszystko wskazywało na to, że nareszcie poznam chustomaniaczki wrocławskie.

I jak wskazuje tytuł tego postu, dupa blada.

Wszystko szło dobrze. Naszykowałam rzeczy dla Natalii, wykąpałam się i nawet umalowałam (halo!). Sprawdziłam autobusy, upewniłam się, gdzie będą czekać dziewczyny, zobaczyłam, jak tam dojść. Pozostało zaczekać, aż się królewna obudzi. Czekałam, czekałam… Nie mam sumienia jej na siłę wybudzać bez wyraźnej konieczności. Jeden autobus pojechał. Drugi pojechał. Zaczęłam zerkać w stronę kuchni i doszłam do wniosku, że jednak na dziś historia miała wobec mnie inne plany.

Dzień wcześniej bowiem do Wrocławia powróciła — ugotowawszy w rodzinnych stronach obiad dla 150 pielgrzymów — Luczija. Odebraliśmy ją z dworca, żeby nie musiała dźwigać skarbów świętokrzyskiej ziemi, które dla nas przywiozła. Zapakowała w cały wielki plecak pół ogródka.

112 pęczków szczypiorku, 62 pęczki natki pietruszki,
18 pęczków naci selera, niezidentyfikowane zioła

Pudło ogromnych cukinii

Pół zlewu ogórków, raczej na mizerię niż do zakiszenia

Tego ranka, w poniedziałek, gdy Natalia smacznie spała, a autobusy odjeżdżały, ja — umalowana — postanowiłam coś z tym wszystkim zrobić.
Jestem od kilku lat potworem przetworowym. Uwielbiam robić przetwory i żałuję, że nie mam spiżarni. Boję się zaglądać, ale prawdopodobnie moja łódzka piwnica kryje w sobie jeszcze jakieś marynowane papryki, a może nawet kiszone ogórki.
Tutaj, we Wrocławiu, piwnicy nie mamy, więc musiałam zaanektować pod słoiki większość kuchennych szafek, na co na szczęście Tomek się zgodził.

Co ciekawe, wolę je przygotowywać, niż… zjadać. Gdyby nie Tomek, to zeszłoroczne zapasy jeszcze by z nami były. A tak… po raz pierwszy wrześniowe pomidory (suszone i przecierowe) skończyły się już w marcu. A nie jak zawsze — że zostały do następnego gotowania. Udało się nawet zutylizować dżemy z kradzionych-opuszczonych porzeczek. Mnie to zawsze szkoda otworzyć słoik, bo przecież może być lepsza okazja. A Tomek się nie certoli, tylko jak ma ochotę, to otwiera i zjada. To znaczy zawsze pyta, a ja dzięki temu przezwyciężam swoją manię chomikowania.

Tym sposobem postanowiłam nie zmarnować lekkomyślnie dóbr ziemi świętokrzyskiej i schować trochę lata na później. Łatwizna. Dziesiątki razy to robiłam.
Ale nigdy z dzieckiem.

Zaczęłam od mrożenia zieleniny. Szczypior został umyty i rozłożony do wyschnięcia. Wyschnięcie przy takim zagęszczeniu potrwałoby tydzień, więc po dwóch godzinach zaczęłam siekać i wkładać do pojemników do zamrożenia. Wkładać, siekać, wkładać, siekać, przy okazji robiąc sobie szczypiorek z twarożkiem.

Potem poszła pierwsza odsłona cukinii, uprzedzona wizytą po dodatki w biedronce.

Cukinia curry

Od razu podam przepis ku pamięci swojej i gdyby kto chciał się skusić. Nie wiem, jak smakuje i nie mam pojęcia, jak ją wykorzystamy. Ale robi się tak:

Składniki

  • cukinia
  • ocet (1,5 szklanki)
  • woda (7 szklanek)
  • cukier (2 szklanki)
  • curry (1 łyżka)
  • cebula
  • gorczyca, pieprz w ziarnach, ziele angielskie

Co dalej

Cukinie kroimy w kawałki. Łatwizna. Gotujemy zalewę z wody, octu, cukru i curry. Łatwizna. Kroimy kilka plastrów cebuli (1 plaster na 1 słoik). No i że się tak wypowiem, łączymy wszystko w jedność. Cebulę na dno słoika, cukinię do słoika, gorczycę (łyżeczkę) do słoika, pieprz (kilka ziarenek) do słoika, ziele (2 kulki) do słoika. Pasteryzujemy, zakręcamy, odwracamy do góry dnem.
Polecam zakręcanie słoików po gotowaniu, ładniej się zasysają.
Tak minął poniedziałek. CAŁY.
Wieczorem zaczęłam robić cukinię na inny sposób, bo ile można curry. Ta była dużo bardziej absorbująca, a ponieważ po całym dniu padłam o 21 razem z Natką, w ubraniu, to kończyłam ją w nocy. Wstałam rześka i o 4:18 zaczęłam smażyć cukinię do zalewy olejowo-oliwnej. Zapamiętałam godzinę, żeby podać Wam czas przygotowania. O 6:00 dalej smażyłam, ale Natalia oznajmiła, że śniadanie RAJT-NAŁ. Obudziłam się o 9:20 i do 10:00 jeszcze dosmażałam. Potem drugie śniadanie córki i już można było zapakować w słoiki. Tyle smażenia przyniosło imponujący rezultat: 3 słoiki tymiankowej cukinii w oliwie.

Tymiankowa cukinia w oliwie

Składniki

  • cukinia
  • tymianek (ja z braku laku i czasu na wojaże po marketach dałam suszony)
  • czosnek (główka)
  • olej i oliwa z oliwek

Co dalej

Kroimy cukinię w półplastry lub — jeśli mniejsza — w całe plastry. Dość cienkie. Mieszamy w misce z olejem i obsmażamy na patelni (ja: na naleśnikowej) z obu stron, do zarumienienia. 

Podsmażamy też czosnek. Gęsto układamy cukinię w słoiku, przesypujemy czosnkiem i tymiankiem, i zostawiamy jakiś centymetr luzu od góry. Czytałam tę uwagę, ale ją olałam i wypełniłam do końca. Otworzyły się po 2 dniach. Powtarzam: zostawiamy od góry 1 cm powietrza. Zalewamy oliwą z olejem (mniej więcej pół na pół). Pasteryzujemy, zakręcamy, odkładamy do góry dnem (lub nogami, jak kto woli).

Jaki krótki opis na danie, które zajęło ponad dobę.

W międzyczasie myłam, suszyłam, siekałam i mroziłam natkę pietruszki i nać selera. Zaowocowało to koniecznością kolejnej wyprawy do biedronki po biały ser w pudełku, bo już nie miałam w czym mrozić. Biały ser miał jedno słuszne przeznaczenie: sernik. Ależ piękne zwieńczenie pracy.

Ale zanim sernik, trzeba było uporać się z… cukinią. Bo to dopiero zeszła połowa. A jak już nie ma się pomysłów, co dalej z cukinią, zawsze można zrobić leczo. Leczo wystarczyło nam na 2 dni sytych obiadów.
A cukinia została. Ma ktoś sposób na ogromne pół ogromnej cukinii?

Uporawszy się z cukinią, a była już środa wieczór, czas było się wziąć za ogórki, co uczyniłam dnia następnego. Zrezygnowałam z mizerii, której wyszedłby cały zlew. Przypomniałam sobie o ogórkach piekielnych.

Piekielne ogórki

Składniki

  • ogórki
  • ocet (2 szklanki)
  • cukier (2 szklanki)
  • miód (200 g)
  • chilli (1 opakowanie)
  • czosnek (2 główki)
  • sól kamienna (6 łyżek)

Co dalej

Kroimy ogórki w plastry lub słupki (ja w słupki). Zasypujemy solą i odstawiamy na 4 godziny. Po tym czasie mamy połowę objętości ogórków i drugie tyle wody do wylania.
Gotujemy zalewę (ocet, cukier, miód, chilli). Czosnek kroimy na plastry lub ścieramy na tarce. Zasypujemy ogórki. Zalewamy gorącą zalewą. Odstawiamy na minimum 4 godziny, żeby się przegryzły. Góra na całą noc. Ja zostawiłam na 4 godziny, potem jeszcze na całą noc, potem jeszcze na cały dzień (piątek już; cóż moi rodzice przyjechali), a na koniec na jeszcze jedną noc, bo padłam na pysk. Przegryzły się jak ta lala. Planowałam do każdego słoika dodać jeszcze po kawałku ususzonej przed dwoma laty (!!!) papryczki, ale spróbowawszy stopień przegryzienia, uznałam to za absolutnie zbędne. Naprawdę są piekielne. Ale tata zażądał słoiczka i gdy piszę te słowa, już go chyba nawet spałaszował.
Żeby nie marnować sera, który musiałam wyrzucić do miski, żeby mieć wiaderko do zamrożenia naci selera, upiekłam sernik, choć nie mam pojęcia, jak znalazłam na to siły. Ogórki się wtedy przegryzały.

Sernik pyszny (taka nazwa była w książce kucharskiej)

Składniki

  • mąka (250 g)
  • cukier (150 g)
  • masło (125 g)
  • żółtko
  • ser (może być z wiaderka — wiaderka ważna rzecz)*
  • 3 żółtka
  • 4 białka (w przepisie były 3, ale jedno by się zmarnowało, bo nie poszło do ciasta)
  • cukier (nie pamiętam ile, dopiszę, jak będę mogła sprawdzić)

* Czym się różni ser biały w wiaderku od sera białego z laską wanilii w wiaderku?
Wcale nie obecnością laski wanilii. Cukrem, syropem glukozowo-fruktozowym, skrobią etc. Uważać na składy!!!

Co dalej?

Zagniatamy ciasto kruche (4 pierwsze pozycje), owijamy w folię i odkładamy do lodówki.
Ubijamy ser + cukier + żółtka na gładko. Ubijamy białka na pianę. Dodajemy pianę do masy serowej i mieszamy.
Ciasto rozklejamy na foremce (kto umie rozwałkować kruche ciasto — śmiało). Wylewamy masę serową i wstawiamy do piekarnika (180 st.) na 40–50 minut.
Nie przejmujemy się nieco więcej niż lekkim zarumienieniem
Moi rodzice nie mogli uwierzyć, że to ja upiekłam sernik, a nie Tomek.
— Ooo, kto piekł ciasto?
— Magda, ja po szkoleniu przyjechałem i padłem.
— Aha, no pyszny. Pyszny, Tomku sernik. Kiedy miałeś na niego czas?
— Ale to naprawdę Magda upiekła.
Zrobiłam szybki rachunek sumienia i wyszło, że to naprawdę mój pierwszy sernik w życiu. I naprawdę pyszny. Tylko za mały.
I tak mi minął cały tydzień. Rok temu uporałabym się z tą ilością w maksymalnie 1,5 dnia. Teraz zajęło mi to 6 dni. Wprost nie mogę doczekać się przetwarzania pomidorów.
BTW ma ktoś milion sto słoików na zbyciu? I ze 3 piwnice?
Takim to, proszęjaciebie, sposobem nie poszłam na spotkanie chustomam. Choć w ogólnym rozrachunku te 4 godziny niewiele by zmieniły w obliczu 6 dni biegania za warzywkami.
A Wy robicie przetwory? Jakieś fajowe?
28 komentarzy
  1. 17/08/2014
    • 17/08/2014
    • 18/08/2014
    • 18/08/2014
    • 21/08/2014
  2. 18/08/2014
    • 18/08/2014
  3. 18/08/2014
    • 18/08/2014
  4. 18/08/2014
    • 18/08/2014
    • 19/08/2014
  5. 18/08/2014
    • 18/08/2014
    • 20/08/2014
  6. 18/08/2014
    • 19/08/2014
    • 21/08/2014
    • 21/08/2014
  7. 19/08/2014
  8. 19/08/2014
  9. 19/08/2014
    • 19/08/2014
  10. 19/08/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.