Warsztaty chustowe

Na początek prezentacja naszej nowej chusty. Natibaby Honsiu, z kaszmirem (wełna z kóz kaszmirskich — z Indii). Kupiłam ją na forum (jak sobie zablokować możliwość wchodzenia na nie celem niezbankrutowania?). Jest używana, więc miękka jak nie wiem co. Jednocześnie porządna i grubsza od mojej pierwszej, która ma konsystencję prześcieradła. Ma splot skośno-krzyżowy, który polecany jest na początku chustowania. Jest łatwy do zamotania.

Warsztaty

W sobotę pojechaliśmy na warsztaty chustonoszenia do mojej szkoły rodzenia. Przysługiwały nam darmowe zajęcia, więc szkoda było nie skorzystać. Zawsze to okazja do przełamania się i poćwiczenia innych niż ukochana kieszonka wiązań. Na przykład kangurka. Była to też mobilizacja dla Tomka, który do tej pory z rezerwą podchodził do motania siebie. To znaczy Tomek całym sobą popiera noszenie w chustach, ale zniechęciło go motanie kieszonki. Fakt, że próbowaliśmy dawno, gdy jeszcze nie wychodziło to tak sprawnie jak dziś. W każdym razie przełamał się.

Tata się nareszcie nauczy!

Zaiksowani
Na warsztatach poznaliśmy 3 wiązania. Najpopularniejszą dla takich maluszków kieszonkę, nieco mniej znany kangurek oraz bardzo wygodny podwójny X aka koalę. Kieszonkę przećwiczył sobie Tomek dwa razy. Pozostałe zamotaliśmy już oboje. Wiadomo, że idealnie nie wyszły. Wszystko wymaga praktyki i doskonalenia.
Pierwszy kangurek.
— No długo jeszcze?

Selfie rodzinne
Dzielna Natalka zniosła notoryczne wkładanie, wyjmowanie i przekładanie. Trochę się już przyzwyczaiła zresztą. Inne dzieciaki jeszcze nie znały chusty i były niespokojne. 
BTW… Zadziwiało mnie w nich to, że nie mają takich kluskowatych nóg. Myślałam, że wszystkie maluszki mają takie girki jak Natka, a one miały takie chudzinki.

Refleksje o warsztatach

Szczerze mówiąc, zawiodły mnie te warsztaty. Było na nich chyba 7 par, co okazało się zbyt dużym do okiełznania dla prowadzącej tłumem. Gwar i rozgardiasz podczas zajęć z noworodkami i niemowlętami jest naturalny — tu pić, tu mleko, tu kupa, tam niewiadomy płacz. Ale mieliśmy z Tomkiem wrażenie, że prowadząca nie ogarniała dorosłych. Podchodziła niby do wszystkich, zdarzyło się, że coś poprawiła, ale ogólnie wszystko było dobrze. A nie było. Ja, samouk książkowo-forumowo-youtube’owy, widziałam, że niektórzy mają totalnie źle zamotane dzieci, a prowadząca zajęcia dziewczyna poklepywała dziecko po pupci i mówiła „dobrze, dobrze”.
Nie opowiedziała o chustowaniu nic. Zajęcia zaczęły się nieomal tak: „dzień dobry, kieszonkę robimy w ten sposób”. W trakcie tylko wspomniała, że jak ktoś na ulicy zaczepi i będzie lamentował nad zwiniętym w „C” kręgosłupem, to mamy się nie przejmować i mówić, że tak ma być. Ale dlaczego tak ma być?
Prawdopodobnie nie każdy z obecnych na tych warsztatach przeczytał cokolwiek i nie każdy miał podstawy teoretyczne. Na warsztat przewidziane były 2,5 godziny. Skończyło się po połowie tego czasu.
Nie dowiedzieliśmy się nic na temat wyboru chust. Wszyscy przynieśli już swoje chusty (takie było wskazanie — żeby mieć swoje). Wydaje mi się to nieracjonalne. Idąc na taki warsztat, chciałabym mieć możliwość spróbowania różnych chust i dopiero później — po konsultacji — zadecydować o wyborze.
Tymczasem niektórzy mieli tkane (takie jak moja pierwsza prześcieradłowa), inni elastyczne (bo wyczytali, że najlepsze dla noworodków). Prowadząca nie objaśniła różnicy między chustami tkanymi a elastycznymi i kazała obie wiązać tak samo. Z tego, co się zorientowałam, to jednak na elastycznej nie wszystkie wiązania można zastosować. Jedni rodzice odkryli to sami, gdy na elastycznej nie wychodził im podwójny X i pożyczyli prześcieradłówkę od nas. O niebo lepiej.
Według mnie to nieodpowiedzialne, żeby wypuścić rodziców z takich warsztatów bez dopracowania do perfekcji choćby jednego wiązania — tak, żeby było ono bezpieczne dla dziecka. Przecież niektórzy wyszli stamtąd w przeświadczeniu, że umieją zamotać swoje dziecko — podczas gdy np. nogi zwisają mu jak w wisiadle. Pójdą w świat źle zachustowani, ale nie będą o tym wiedzieć, bo przecież byli na warsztatach.

Wniosek i chwalę się

Całe szczęście, że nie zapłaciłam za te warsztaty ani złotówki, bo bym się zeźliła. Ale cieszę się, że na nich byłam, bo wiem, jak takich warsztatów prowadzić nie należy.
Niniejszym chwalę się, że podążając dalej ścieżką, która coraz mocniej mi się klaruje, pod koniec października wezmę udział w szkoleniu na doradcę chustowego. Poszerzę swoją logopedyczną ofertę i mam nadzieję pomogę innym rodzicom poznać świat zamotanych.
Już wiem — a to dzięki temu właśnie, że w tych warsztatach uczestniczyłam — że u mnie będzie wyglądało to mniej więcej tak:
  • maksymalnie 3–4 osoby lub pary,
  • daję chusty i nosidła do dyspozycji na czas warsztatów, różne rodzaje
  • wstęp teoretyczny
  • praktyka, praktyka, praktyka — nie wypuszczę nikogo z niedoskonałym wiązaniem,
Co jeszcze, według Was, powinno składać się na porządny warsztat?
26 komentarzy
  1. 04/08/2014
    • 04/08/2014
  2. 04/08/2014
  3. 04/08/2014
    • 04/08/2014
  4. 04/08/2014
  5. 04/08/2014
  6. 04/08/2014
    • 04/08/2014
  7. 04/08/2014
    • 04/08/2014
  8. 04/08/2014
  9. 04/08/2014
    • 04/08/2014
    • 04/08/2014
  10. 04/08/2014
    • 04/08/2014
  11. 05/08/2014
    • 07/08/2014
  12. 07/08/2014
  13. 07/08/2014
  14. 09/08/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.