Tydzień 23: niejadki, tradycja, zalatanie

Tydzień 23. rozpoczął się od spotkań.
W piątek pojechałam do szkolnej koleżanki, Marysi — dziś mamy Mai i Adriana. Pojechałam tam przypadkiem, bo przypadkiem kilka lat temu poznałam Monikę, do której rok temu przypadkiem odesłałam Maję Marysi na terapię neurologopedyczną. Jasne?
Dziewczynom współpraca kwitnie, a ostatnio stały się gwiazdami nowego programu na TVP ABC — Niejadki i inne przypadki. Serdecznie polecam obejrzeć odcinek drugi z Adrianem (synem Marysi) w roli tego pięknie jedzącego brokuły chłopca. Przy okazji osłuchać się z tematem zbyt długiego podawania papek. Jeszcze serdeczniej namawiam do obejrzenia odcinka trzeciego, w którym występuje cała rodzina Marysi, ostatecznie skupiając się na małym chochliku — Majce. Odcinki (oprócz przepisów, co do których mam trochę zastrzeżeń) mają też świetny komentarz ekspercki (w tej roli m.in. Monika).

Mistrz pierwszego planu — Johan (lalka terapeutyczna), mistrzyni drugiego planu — Natka, mistrzyni trzeciego planu — Majka. 
I mistrzyni kadrowania — ja.
W sobotę mieliśmy już być od rana we Wrocławiu, ale zostaliśmy, żeby dopieścić mieszkanie. Bo remont oczywiście pełną gębą. Wykorzystałam to i czmychnęłam na spotkanie łódzkiej grupy chustowej, którą założyła na fejsbuku Kejt. To jednak zupełnie inaczej się spotkać z grupą istniejącą od (chyba) kilku lat, na której spotkania przychodzi 30 par (mama + chuścioch), a inaczej z dopiero co zawiązaną grupą, gdzie każdy jeszcze każdego chce poznać i jest kameralnie. I tak z planowanych dwóch (bo potem miałam sprzątać w remontowanym) zrobiło się pięć świetnie spędzonych, przegadanych i przespacerowanych godzin.
Do Wrocławia dotarliśmy o północy, mieszkania… niewyremontowawszy. Show must go on.
Dojechaliśmy w sam raz na urodziny Tomka, na które upiekł sobie (bo nie ja) wypróbowany już i chwalony tort bezowy. A co tam. Nad bezami skończyliśmy czuwać o 6 rano. 
Ja, mimo że Tomek zarzekał się, że przecież wszystko już ma, co rozlewało na mą duszę miód, kupiłam mu w prezencie statyw do swojego aparatu. I przyuczona do mądrości przedsiębiorczych fakturę na niego wzięłam. Prezent nie prezent, koszty same się nie zrobią. Zresztą po kilku dniach Tomek dopytał, czy ją wzięłam. Ha!
Postanowiłam wykorzystać połączenie statywu i znaczącej daty i ustanowić nową rodzinną tradycję. Od teraz co roku w dniu urodzin Tomka cykamy sobie rodzinne zdjęcie. Nieważne, czy będą w tym samym miejscu (ale w razie co, to aparat pod drugim słupkiem podwórka rodziców Tomka).
I kończąc wspomnienia tego tygodnia, w którym więcej się działo, niż mogłam sobie spokojnie obserwować, dochodzimy do początków gorączki szykowania, kupowania, pakowania i zalatania przed podróżą życia. Podróż tę odbędzie Tomek, a ja wkrótce o tym napiszę kilka słów, bo się należy.
Podczas gdy pani a outlecie skraca spodnie, Tomek zabiera mnie na kawę z ciachem na lotnisko.

Natalia

Doskonali swoje umiejętności. Z pasją przygląda się swoim nogom, które coraz śmielej zadziera na siebie. Łapie się za stopę, tarmosi, ale do buzi nie sięgnie.
Udaje mi się ją zabawkami utrzymać chwilę na brzuchu, ale moment i i tak wybiera bęc na plecy lub bok. Uparciuch.
Budzi się często w nocy. Dopóki czuwam i nadrabiam zaległości, to kontroluję, że wychodzi co 1,5–2,5 godziny. Gdy się kładę lub padam razem z nią — nie kontroluję.

Ja

Mnie w ogóle nie przeszkadza to budzenie. Cóż, potrzebuje, to ma. Za to reflektuję się, że te ufnie wyciągane do mnie rączki nocą, to nad wyraz rozczulający widok i moment. Więc na co się tu denerwować?
10 komentarzy
  1. 12/10/2014
    • 12/10/2014
    • 12/10/2014
  2. 12/10/2014
    • 12/10/2014
    • 12/10/2014
    • 12/10/2014
    • 13/10/2014
  3. 12/10/2014
    • 12/10/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.