Tydzień 34: dialogi, niezdarność, grudzień

Lubię grudzień. Było, nie było, urodziłam się w tym miesiącu i już samo to sprawia, że odgrywa on ważną rolę w moim życiu. Tak też właśnie sobie ostatnimi czasy świętowałam urodziny. Po raz drugi zupełnie inaczej niż zawsze (licząc od urodzin czternastych). No można.
Grudzień to też czas dobrych decyzji.
BTW w grudniu rodzi się najwięcej schizofreników. Ale wiadomo, statystycznie to ja i Cybuch mamy po 3 nogi.

Natalia

Poszerza repertuar głosek i sylab. Do notorycznego [ba] doszło [be], [ma] (głównie podczas płaczu i najczęściej dublowane — bo wiadomo, jak źle, to „mammmaaa”), [błe], [aba], [ama] i pozostałe wariacje. Szału nie ma.

Szału nie ma, ale nam to wystarcza to prowadzenia ożywionych dialogów. Czasem zaczepia mnie Natalia, a ja odpowiadam tym samym. Albo innym. Albo tym samym, ale z inną intonacją. Czasem zaczepiam Natalię ja jakimś niewinnym [ba]. I ona też odpowiada. A potem to gadamy i gadamy.

Tarzałam się ze śmiechu (taki rotfl), gdy śpiąca w foteliku Natalia ocknęła się nagle, gdy Tomek zgasił silnik samochodu, usiadła gwałtownie, rozpierając ręce szeroko na boki i zdecydowanym głosem oznajmiła: „babababe” (cóż, intonacji nie zawrę w literkach, ale było to zdanie oznajmujące, zdecydowanie kontestujące okoliczności).

Postępy motoryczne chwilowo skupiły się na pełzaniu. Pokonuje coraz większe odległości, ale między pokojami jeszcze nie zasuwa.

Turla się głównie po łóżku, bo na puzzlach twardo (nauczyła się, skubana). Gdy jest o krok od przypadkowego przewrócenia się z brzucha na plecy na macie — mruży oczy w oczekiwaniu na upadek. Ale jakoś zawsze łapie równowagę.

Na razie z okazji buntu kolanowego, ale i niesiedzenia Natalia je głównie na leżąco. Na brzuchu. Podoba jej się to, że może sama zdecydować, czy podejść do jedzenia, kiedy odejść, przysunąć, odsunąć talerz. I najważniejsze: może pomachać sobie jedną nogą, co jest niezwykle rozczulające dla mnie.

Zeszłotygodniowy katar i kaszel wygnane. Nie wiem na ile to to, ale za radą Lejli zrobiłyśmy czosnkowe stópki na noc (rozgnieść czosnek w oliwie, odstawić, żeby się przegryzło, nasmarować stópki, włożyć w skarpety, zdjąć rano) i w końcu przeszło. Znów obyło się bez lekarstw.

Ja

A dajcie spokój. Wszystko z rąk leci. Wtorek to było jakieś apogeum pecha, aż na koniec z Tomkiem w lotka zagraliśmy, twierdząc, że jeszcze tylko tego by brakowało, żebyśmy wygrali. W punkcie puszczania losów musieliśmy poczekać, aż zestresowana ekspedientka wyśle westernem pieniądze do RPA (jak jest południowa?) i oczywiście nic nie trafiliśmy. Czyli nici ze zwrotu kosztów za rozbitego przy kasie Johnniego Walkera w kolorze czarnym i pojemności litra. Bolało.

Na marginesie podpowiem, że Alma wcale nie taka droga. Niby oszą wygrało konkurs na najtańszy koszyk w grudniu. Ale co oni tam kupowali? Na pewno nie łiski. Donoszę, że w Almie ten sam Johnnie Walker jest o kilkanaście złotych tańszy. Ale też bolało.

9 komentarzy
  1. 27/12/2014
  2. 27/12/2014
  3. 28/12/2014
  4. 28/12/2014
  5. 29/12/2014
    • 29/12/2014

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.