Czego nauczyły mnie wczasy z roczniakiem, na kempingu i w ciąży

Udało się, udało się nam wyjechać. Skromnie na krótko, bo na tydzień, który trzasnął jak z bicza. Ale było, liczy się. Wierzę, że wakacje życia tudzież życie na wakacjach wciąż przed nami.

To były w zasadzie moje pierwsze wakacje z Tomkiem, nie licząc obozu mentalno-surwiwalowego sprzed dwóch lat. I to od razu w trójkę-plus.
Jak to zrobiliśmy?

1. PLAN

Odkąd znam Tomka, nauczyłam się jednego: plany są dobre, gdy są, a najlepsze, gdy można je zmienić. Dlatego zamiast planu mieliśmy wizję. Że jezioro. Bo będzie nie tak daleko w razie niespodziewanej godziny P (jak poród). Bo nie będzie tyle ludzi co nad morzem. Bo będzie można spokojnie popływać. Bo będzie taniej. Może Wielkopolska. Może nawet Bory Tucholskie. Tak też właśnie wylądowaliśmy w Gąskach. Nad Bałtykiem.

2. CZAS

Mieliśmy jechać w czerwcu, przed moją obroną, w ósmym, a nie dziewiątym miesiącu ciąży. Ale wtedy było 8 stopni nad morzem, więc skorzystaliśmy z przywileju niepracowania na etacie i nieproszenia o terminy urlopów — i sami sobie czas wyjazdu przesunęliśmy.

3. MIEJSCE, czyli KEMPING

Miejsce mieliśmy rozpracowane. Kemping u pani Krysi, gdzie od wielu lat wrześniowe postsezonowe chwile spędzają rodzice Tomka. Znalazło się dla nas miejsce dość strategiczne, wziąwszy pod uwagę umiłowanie Leona do mojego pęcherza. Na skraju kempingu, nieopodal toalet, natrysków i miejsca do zmywania. Za to nikt nie miał bliżej od nas na plażę.
To największy plus tego kempingu: zaraz za zapleczem sanitarnym (20 m do przejścia) zaczynało się wejście na plażę (15 m do przejścia).
Kemping jest samowystarczalny. Jest tu wszystko. Podłączenie do prądu, zadbane toalety, prysznice, umywalki, zlewy. Sklep zaopatrzony we wszystko, co potrzeba od śniadania po kolację. Bar z pyszną rybką i zimnym piwem, także w wersji free. Plac zabaw dla dzieci, grill, cymbergaje i inne gadżety.
Całość taniej niż na polu kempingowym w Borach Tucholskich.

4. PODRÓŻ

W podróż wybraliśmy się kamperem, to jest samochododomem, to jest busem sukcesywnie na kampera przerabianym przez tatę Tomka.
Podróż z Natalką nauczyła nas jednego: podróż na wakacje jest już częścią tych wakacji, a nie tylko sposobem na dojechanie na nie. Nie ma opcji, nie przejedzie się na raz drogi Wrocław–Bałtyk. Można zapomnieć o szalonych jednodniowych wypadach na plażę i z powrotem.
Z ulgą wykorzystaliśmy fakt, że mamy do dyspozycji kamper i możemy sobie zrobić nocleg, gdzie dusza zapragnie. A dokładniej: gdzie Natalce skończy się cierpliwość.

Podróż TAM

I tak. Z Wrocławia wyjechaliśmy ok. 18.00, musieliśmy wstąpić na chwilę do domu, przejechać całe miasto, odstać w korku przed Trzebnicą i już za nią zrobić postój, bo Natalka się właśnie wyspała. Z Wrocławia do Trzebnicy jest ok. 30 km. Udało nam się ją wpakować jeszcze raz, zagracić zabawkami i dojechać do skrzyżowania S11 i A2 pod Poznaniem. Tu cierpliwość się skończyła i na parkingu przy ekspresówce, wśród TIR-ów zalegliśmy w trójkę na dwuosobowym łóżku.

Śniadanie przy S11. Ale w antilopie!

Rano śniadanie i dalej w trasę. Przerwa w Borach Tucholskich na drogim kempingu, gdzie zrezygnowaliśmy z nocowania, ale zmoczyliśmy stopy w czystym jeziorze.

Moczenie stóp i kół w jeziorze Drawsko (Czaplinek)

Potem przerwa w Białogardzie na obiad i szukanie baterii do zabawki grającej-ratującej znaczną część podróży. Potem jazda niemal polnymi boczno-zapomnianymi drogami już do Gąsek. Niech żyje nawigacja w komórce, która tak pięknie nas wywiozła. I niech żyją ładowarki samochodowe, których nie mieliśmy. Dojechaliśmy do Gąsek, gdy jeden telefon już padł, a w drugim było 1% baterii.
Tak, jestem kobietą, ale umiem posługiwać się mapą. Nie, tym razem to nie było możliwe, bo nawigacja wrzuciła nas na tak małe drogi, że na mapie ich nie było.
Była 18.00. Czas operacyjny Wrocław–Gąski = 24 h. Jest moc.

Podróż Z POWROTEM

Gąski opuściliśmy ok. 12.00 (po kilku dniach oczywiście). Kilkudziesięciokilometrowy korek za Koszalinem i średnia prędkość poza terenem zabudowanym równa 38 km/h nieco nam opóźniły wszystko. Plan był taki, żeby na obiad dojechać pod Człuchów na wypasiony parking z restauracją z pysznymi plackami ziemniaczanymi. Dojechaliśmy w okolicach obiadokolacji. Faktycznie placek był pyszny, a parking wypasiony. Na parkingu minizoo! A właściwie nie takie mini, bo wybiegi były tak przestronne, że w żadnym maxizoo takich nie mają. I był paw z podniesionym ogonem. I dwie cudowne lwice, i lew jeden, tygrys i pelikany. Canpol, pod Człuchowem. Polecam. Aha, i gokarty były, ale to nie nasze klimaty.

Dwie piękne zadbane (jak w żadnym zoo) lwice. Ziewając, siały grozę górnymi kłami!

Stamtąd wyjechaliśmy pod wieczór z wizją (nie: planem) dotarcia na nocleg w okolice Biskupina. Tego Biskupina. Odnalazłam na mapie 2 potencjalnie przydatne parkingi dla TIR-ów i… nie było ani jednego. Dlatego noc spędziliśmy na parkingu obok stacji w Żninie. Na wesołym parkingu, na który do 4 rano podjeżdżały auta z rozbawioną młodzieżą. Tomek czuwał.
Rano się zebraliśmy i pojechaliśmy zwiedzić Biskupin. Gdyby ktoś kiedyś miał podobny plan i możliwości, to zdecydowanie polecamy od razu, nawet w środku nocy uderzyć na Biskupin i tam przespać się na parkingu przed muzeum. Cicho, spokojnie, bezpiecznie.
Przez kilka godzin zwiedzaliśmy osadę. Ta najsłynniejsza część jest mniejsza, niż robi wrażenie w podręcznikach od historii z podstawówki. Ale robi wrażenie. Polecam gorąco.

To ta słynna osada ze zdjęć w książkach do historii. Historia jej odnalezienia jest równie ciekawa.

Na ulicy, między dwoma szeregówkami. Nieprzystosowani do wózków, oj. Jak oni dawali radę? I jeszcze te ich łóżka… łoża rodzinne 10-osobowe…

Z Biskupina wyjechaliśmy w okolicach południa, Natka padła na prawie 3 godziny. Ale to i tak było za mało, żeby dojechać do Wrocławia. Przez ostatnie 1,5 godziny musiałam siedzieć obok niej, zabawiać, wyciągać różne rzeczy i ogólnie cudować. Mieliśmy już dość upału, gorąca i duchoty i chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w domu, więc postanowiliśmy nie robić już przerw. Jakoś się udało. Dojechaliśmy po 17.00. Czas operacyjny Gąski–Wrocław = 29 h. Słabo nie było.

5. ZASADY, czyli WYLUZOWANIE

Na wakacjach można więcej. Więcej odpuścić. Podobało mi się to, że oboje z Tomkiem nie mieliśmy ciśnienia, że musimy coś zrobić koniecznie, bo jak nie, to wakacje popsute. Dostosowywaliśmy się do własnych potrzeb, pogody, możliwości Natalki.

Oto rzeczy, z którymi odpuściłam i było mi z tym dobrze:

  • Pieluchy wielorazowe. Można, no można by było to zorganizować, zabrać całą walizkę tetry, wkładów i otulaczy i prać na kempingu. Wszak było miejsce i ładna pogoda do wysychania. Ale po co? Świat się nie zawalił od 30 pieluszek. Jakoś podołaliśmy z tym finansowo. Skóra Natki wytrzymała. A ja miałam nomen omen: wywalone.
  • Zdrowe jedzenie. No bo nie wiem, jak to zrobić, żeby być na wakacjach (przypominam: raz na kilka lat) i odpuścić lody w wafelku. Albo gofry. Albo rybę z frytkami. A tym bardziej nie wiem, jak to zrobić, żeby sobie pofolgować, a nie dać pofolgować 14-miesięcznemu, kumającemu i wiedzącemu o co chodzi dziecku. Dostało się więc Natce i wafelki z umazianym lodem, i gofra z kleksem bitej śmietany, i frytki do ryby. A nawet kilka łyków takiego kolorowego napoju niemal zamrożonego (fuj, nie polecam). Oprócz tego jadła kasze na śniadanie, ryż, owoce i warzywa. Równie chętnie, a pół kempingu miało okazję słuchać jej głośnych oznak radości, że tata nareszcie coś ugotował albo że mama kroi coś na śniadanie.
Frytki tak, rybka nie

Gofry taaaaaaak

  • Rozkład dnia. Nigdy specjalnie nie miałam ciśnienia, żeby Natalka spała o wyznaczonych porach, a o innych się bawiła, a o jeszcze kolejnych wychodziła na spacery, żeby wreszcie o konkretnej godzinie ułożyć (zostać ułożoną) do snu. A na takich wakacjach to już w ogóle nie warto się tym przejmować. Robimy swoje i patrzymy, co na to dziecko. Śpiące wsadzamy do nosidła albo usypiamy (piersią, a jakże) na plaży. Nic się nie stanie, jak jednego dnia dziecko odleci już o 20.00, drugiego przetrzyma do 22.00, a trzeciego zrobi drzemkę o 19.00 (dając nadzieję rodzicom, że to JUŻ) i wstanie harcować jeszcze przed północą. W domu wszystko wraca do normy.

6. NAUKA, czyli WNIOSKI

Czego się więc nauczyłam, wyjeżdżając na kemping, w dziewiątym miesiącu ciąży, z rocznym dzieckiem?
  1. Dokładne zaplanowanie takich wakacji doprowadzi do frustracji. Niemożność wykonania planu jest niemal gwarantowana. Warto dać sobie spokój, mieć ogólną wizję i dostosowywać do zmieniających się warunków. Mieliśmy dużo pomysłów na to, którędy jechać, co zobaczyć, co odpuścić. I w każdym momencie mogliśmy je sobie zmieniać.
  2. Dziewiąty miesiąc ciąży (bezproblemowej) nie jest przeszkodą do wyjazdu na wczasy. Do samolotu by mnie nie wpuścili, ale do kampera się zmieściłam. Miałam ze sobą cały zestaw szpitalny (spakowana torba, dokumenty etc.) — świetna okazja, żeby się zebrać w sobie na czas i spakować.
  3. Podróż jest już częścią wakacji (wspomniałam wyżej), więc warto ją urozmaicać wnoszącymi coś przystankami. Myślę, że gdybyśmy chcieli pojechać do Chorwacji, zajęłoby nam to ze 4 dni w jedną stronę. Ale ile byśmy zobaczyli…
  4. Zostawiamy w domu pierdoły na pozór niezbędne: pralkę (bierzemy wszystkie ciuchy dziecka, kupujemy jednorazówki, sami możemy chodzić ze 3 dni w jednych spodniach), suszarko-lokówkę (naprawdę, naprawdę dziewczyny, można przez 7 dni odpuścić robienie się na urlopowe bóstwo… polecam fryzurę, która pod wiatr układa się sama, a z wiatrem to i suszarko-lokówka nie pomoże), żelazko (gdyby ktoś się wahał).
  5. Zabieramy rzeczy naprawdę niezbędne: nosidło i/lub chustę (spacerówki mają mylącą nazwę, bo na spacery po plaży nadają się średnio), spacerówkę (do spacerów po kurorcie, ale można się obyć bez), rowerek (tylko jak się ma kampera, bo inaczej cały bagażnik zawalony), antilopa (czyli krzesełko do karmienia z Ikei… must must must have! nawet kosztem spacerówki i rowerka), górę zabawek (do zawalenia nimi wszystkimi na raz na 3 sekundy przed podróżą dziecko w foteliku — zwiększa to szansę, że któraś się na chwilę spodoba, a może nawet uśpi; w tym zabawkę jedną przynajmniej grającą i zapas baterii).
  6. Zastanawiamy się, czy 5-kilometrowy spacer plażą, żeby zjeść obiad w Sarbinowie, bo mamy taki kaprys, jest w zasięgu naszych możliwości. Bo na pewno jest. Ale bierzemy pod rozwagę fakt, że trzeba stamtąd jeszcze wrócić. To uwaga głównie do ciężarnych. Ostatecznie daliśmy radę, było przyjemnie, najpierw za gorąco, potem za chłodno (wracałam w samym kostiumie o 21.00, bo swoją bluzką okrywałam śpiącą w nosidle Natalkę).
  7. Nie szalejemy z ilością zabranych książek. No po co to wozić, no po co? Ja zabrałam dwie. Czytałam w każdej wolnej chwili. Udało się 17 stron.

Atrakcje, atrakcje. Wąskotorówka w Biskupinie (a właściwie w Wenecji)

Polecam wszystkim takie wakacje. Kemping to żaden heroizm, wszystko jest do ogarnięcia, nawet przez tak nieogarniętą osobę jak ja. Tylko trzeba wyluzować. Ale przecież o to chyba w wakacjach chodzi?

Pożegnanie z Bałtykiem
8 komentarzy
  1. 01/08/2015
    • 01/08/2015
    • 01/08/2015
  2. 01/08/2015
  3. 01/08/2015
  4. 01/08/2015
  5. 01/08/2015
  6. 04/08/2015

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *