VBAC — co to po co mi to

Wierny i spostrzegawczy Czytelnik tego bloga zauważył na pewno, że po serii postów ciążowych, a przed serią postów noworodkowych nie było wpisu porodowego (a na większości takich blogów to jest). Nie było, bo poród Natalki miał być inny, a był taki właśnie, jaki był i na jaki pozwoliłam.
W tym miejscu opuszczam długi ustęp o moich przemyśleniach, emocjach i wspomnieniach. Zajmę się tym, co przede mną i na co jeszcze mam nadzieję mieć wpływ.

VBAC — co to?

Czytane z angielska jako wibak, a w mojej wciąż polskojęzycznej głowie jako fałbeace. Vaginal Birth After Caesarean. Poród pochwowy po cesarskim cięciu. Czyli że dołem — jak mawiają zawstydzeni ginekolodzy (vide: doktorek z ciąży Natalkowej).
Teoretycznie sprawa jest prosta. Było cięcie z konkretnych wskazań (lub mniej konkretnych), a w drugiej czy kolejnej jeszcze ciąży wskazań tych jednak nie ma, więc kobieta rodzi naturalnie. Tak to się odbywa w wielu krajach i nie budzi wątpliwości. Ale u nas znowu panika siana przez lekarzy.
Bo się blizna rozejdzie.
Bo macica pęknie.
Tak, jest takie ryzyko. Wynosi około pół procenta [źródło]. Znacznie wzrasta przy rutynowych szpitalnych wspomagaczach porodu, zwłaszcza podczas podawania syntetycznej oksytocyny czy tych drogocennych prostaglandyn. No ale przecież jak to poród bez kroplóweczki?

Kobiety straszy się wybuchającymi macicami, a przemilcza wzrastające z każdym cięciem ryzyko powikłań w następnej ciąży (np. poważne, zagrażające życiu matki i dziecka problemy z łożyskiem).

Tymczasem w polskim położnictwie dzieją się cyrki i sprawa karmienia w ciąży to pikuś w porównaniu z tematem VBAC. Temat śledzę od ponad roku, a odkąd na teście ciążowym zobaczyłam dwie Leonowe kreski, śledzę go uważnie. Dziewczyny pocztą pantoflową szukają rozpaczliwie lekarzy, którzy zezwolą im urodzić naturalnie. Ale to dopiero początek, bo potem trzeba jeszcze znaleźć szpital, w którym taki poród jest w ogóle brany pod uwagę. A wierzcie mi, że mnóstwo w Polsce jest szpitali, w których:

a) nie chcą słyszeć o takich fanaberiach i jedyna opcja to cięcie na zimno,
b) dopuszczają taką możliwość, ale to zależy od lekarza, na którego trafi się podczas przyjęcia do porodu,
c) zezwalają na poród pochwowy po cięciu, ale trzeba przejść kwalifikacje, odbyć rozmowy z ordynatorem, prosić się i spełnić szereg wymagań i procedur.

Jakie procedury? Jakie warunki?

Na przykład:

  • Minimum 2 milimetry blizny. Ocenia się bliznę po poprzednim cięciu (lub cięciach) w okolicach 36. tygodnia ciąży. Chodzi o bliznę na macicy i ocenę za pomocą USG. Nie wcześniej, nie na początku, nie przed ciążą, bo to kompletnie nic nie powie. W 36. tygodniu też niewiele powie na temat tego, jak zachowa się (jak będzie pracowała) podczas porodu. Ale procedura jest. Często powtarza się pomiar podczas przyjęcia do porodu. Zagrożenia? Historie dziewczyn, którym oceniono bliznę na cieńszą niż te 2 mm, a podczas operacji jej grubość była znacznie wyższa (nawet 1 cm!). Ale że tak powiem, było już za późno. SORRY.
  • Dziecko nie większe niż. Różne wersje, różne wymagania. Czasami nie pozwolą rodzić naturalnie już przy szacowanej wadze 3500 g. Czyli przy całkiem przeciętnym dziecku. Zagrożenia? Znowu szacowanie via USG. Ileż to pomyłek było. W obie strony. W różnej skali. Pół kilo omyłki jest standardem, a zdarza się przecież że więcej. Ponadto znam historie dziewczyn, które rodziły swoje ponadczterokilogramowe dzieci, a nawet i o 5 kg ostatnio czytałam.
  • Nie później niż terminie. OK, fajnie jest urodzić w terminie. Nie za wcześnie, nie za późno. Tak w sam raz. Oczywiście w przypadku ciężarnych z fanaberią „VBAC” termin porodu (ten jeden dzień wyliczony) jest datą magiczną i mniej niż inne kobiety mogą sobie pozwolić na ponoszenie dzidziusia o kilka dni dłużej. Przykłady się mnożą, a mnie utkwił ten, gdy dziewczyna z terminem porodu na okolice 10 lipca podczas rozmowy z ordynatorem usłyszała, że wprawdzie nie ma sprawy i może rodzić naturalnie, ale najpóźniej do końca czerwca, bo potem to urlopy się zaczynają i ludzi mało. Wytłumacz to swojemu brzuchowemu lokatorowi. Ponadto przypominam, że w terminie się jest do ukończenia 42. tygodnia ciąży.
Na większość tych wymogów specjalnego wpływu nie mamy. Bo przy tym oczywiście trzeba być zdrową, bez cukrzycy, nadciśnienia, gestozy, cholestazy i innych ciążowych nieszczęść, trzymać dziecko w położeniu główkowym i oczywiście tylko jedno. Wypada mieć ogromną miednicę, 100 lat odstępu między porodami i być wdzięczną za to, że ktoś na to wszystko zezwala.

A tak naprawdę?

Trzeba mieć jaja. I morze asertywności. Bo to ostatecznie kobieta decyduje o swoim porodzie. Kobieta podpisuje zgodę na cięcie lub jej nie podpisuje. Znam przypadek, sprzed miesiąca, gdzie dziewczyna (fakt, po dwóch cięciach) ze skurczami, z dawno odpływającymi wodami wypisała się po godzinnym pobycie z porodówki na własne żądanie, bo tam postawili sprawę jasno: albo cięcie, albo________ — no właśnie, albo co? Nic. Wyszła, pojechała do innego szpitala, urodziła dobę później.
Ale jak mieć te jaja? Jak dyskutować podczas skurczy? Jak podważać opinię i zalecenia lekarskie? Jak nie dać się zastraszyć? Co odpowiedzieć lekarzom w szpitalu niedopuszczającym prób porodu naturalnego po cięciu?

VBAC — po co mi to

Rozwiewam wątpliwości i troski. Nie czuję się gorszą matką z powodu drogi przyjścia na świat Natalki. Na początku było coś z tym nie halo, ale akurat w tym temacie poradziłam sobie szybko i skutecznie.
No to po co mi to? Co i komu chcę udowodnić?
A po to tylko, że nie życzę sobie, żeby ktoś decydował za mnie i wbrew mojej woli, co się za chwilę stanie z moim ciałem i życiem. Po to, że mam kaprys przeżyć jeden z najważniejszych dni mojego życia po mojemu.
Nie chcę, żeby ktoś mi planował i dyktował, kiedy i ile jeszcze dzieci mogę urodzić. 
Prawdą jest, że dobre położne porody przyjmują, a niedobre odbierają. Mój poród odebrała lekarka, która miała swoją wizję, zupełnie niewspółmierną z moją, moim nastawieniem, mentalnością i naiwnością. Bo mimo że rok temu czytałam o porodach dużo, wiedziałam, co i jak, wypełniłam długi plan porodu, to wykazałam się daleko posuniętą naiwnością, sądząc, że ktoś przypadkowy to wszystko uszanuje.
Dzisiaj wiem, że niefortunnie trafiłam na jej dyżur. Że to z nią, a nie ze mną coś nie grało. Wiem to.
Dlatego wybaczam sobie (sobie!) i daję kolejną szansę. Przygotowana z różnych stron:
  • Ginekolożka prowadząca bardzo mnie wspiera w tej decyzji, nigdy nie wspomniała o zagrożeniu, o tym, że 15 miesięcy po pierwszym porodzie to trochę mało (nie mało!), nie sprawdza blizny (jako i na Zachodzie nie sprawdzają, uznając to za niemiarodajne), nie każe wyganiać Leona przed terminem, nie zakazuje mu więcej rosnąć i nie uważa, że mam fanaberię.
  • Położna, polecona przez ginekolożkę. Odpłatnie oczywiście. Do wspierania, do opieki, do dodawania sił (oprócz Tomka) i do merytorycznych dyskusji.
  • Szpital, w którym obie panie pracują. W którym to kobieta decyduje o sposobie porodu i w którym — jeśli taka wola — można rodzić powoli i w swoim tempie (takie zapewnienie mam, choć pragnęłabym trafić na dyżur mojej prowadzącej pani doktor).
  • Wiedza i bojowe, a nie naiwne nastawienie.
  • Dopuszczenie myśli o rzeczywistej konieczności zakończenia ciąży cięciem. Rzeczywistej, niezależnej od nikogo oprócz losu i zbiegów okoliczności. Niewymuszonej wcześniejszymi działaniami i kaskadą interwencji medycznych.

Czy mam wątpliwości?

Medyczne — nie.
Mentalne — czasem obawiam się, że się za bardzo nakręcam. Ale do licha, mam prawo. Po angielsku poród ma kilka synonimów. Dla jednych jest to labour, praca, trud. Dla innych delivery, dostarczenie. Dla mnie przyjście na świat dziecka to opcja „coś więcej niż dostarczenie”. Wierzę, że sposób narodzin ma znaczenie. I dla dziecka, i dla mamy. Znaczenie fizyczne, emocjonalne, mistyczne i duchowe. 
A czasem zazdroszczę kobietom, dla których poród to „tylko” sposób dostarczenia dziecka. Im łatwiej jest pogodzić się z nagłą cesarką. I kolejną, z wyboru.

Porada na koniec

Jeśli traficie na osobę po nagłym cięciu (a nie wiecie, czy jest z frakcji labour czy delivery), na wszelki wypadek nie wypowiadajcie zdania:
Najważniejsze, że dziecko jest zdrowe.
To może obrazić ich inteligencję.
To piękne zdjęcie pochodzi od Helen Carmina Photography.
https://www.facebook.com/carminaphotography
Zainteresowanych tematem odsyłam na stronę Magdy, douli, która sama zmagała się z VBAC, a dziś informuje, uczy i wspiera zagubione w swoich emocjach dziewczyny.
A za nas trzymajcie po prostu kciuki!
25 komentarzy
  1. 12/08/2015
  2. 12/08/2015
    • 13/08/2015
  3. 12/08/2015
    • 13/08/2015
    • 13/08/2015
  4. 12/08/2015
    • 13/08/2015
  5. 12/08/2015
    • 12/08/2015
    • 13/08/2015
    • 19/08/2015
  6. 13/08/2015
    • 13/08/2015
    • 13/08/2015
  7. 13/08/2015
    • 13/08/2015
  8. 16/08/2015
    • 16/08/2015
  9. 17/08/2015
  10. 19/08/2015
  11. 21/08/2015
    • 23/08/2015
  12. 27/08/2015

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *