Jak dbasz tak masz. O opiece okołoporodowej

Okropnie nie cierpię tego zdania. Jak dbasz, tak masz. Usłyszałam je kilka lat temu (w nie pamiętam już jakim kontekście) i się zezłościłam. Że co ty sobie myślisz. Co ty sobie wyobrażasz. Przecież to nie moja wina. To oni.

A to prawda jest. Zawsze. To, co się ze mną dzieje, zależy ode mnie. Jasne, zależy od wielu czynników, na większość z nich jednak mam bezpośredni lub pośredni wpływ. Chodzi o dotarcie do tego wpływu pośredniego. O zadbanie.

Rodziłam dwa razy. W dwóch szpitalach. Na dwa sposoby. Za pierwszym razem naiwnie myślałam, że wszechświat mi sprzyja, bo oto przychodzi moja córka. Za drugim razem między oczami miałam wyryte „asertywność”. Czegoś się już dowiedziałam.

Poniższe sytuacje dotyczą tego, co spotkało mnie. W dwóch szpitalach w Polsce. To nie jest generalizacja na cały kraj i wszystkie placówki zdrowia. To jest studium przypadku i analiza porównawcza.

Poród

Za pierwszym razem poszłam na żywioł, poszłam za radą położnej ze szkoły rodzenia. Poszłam uśmiechnięta i pełna wiary w to, że przecież zaraz wszyscy mi pomogą. Dostałam pompę ze sztuczną oksytocyną, co zapoczątkowało kaskadę interwencji medycznych, zakończoną ostateczną z nich — cięciem. Nie jestem w stanie dyskutować, czy cięcie było w danej chwili konieczne, czy można było jeszcze sobie porodzić. Głęboko wierzę, że niepotrzebna była już sama pompa z pitocyną. Potrzebny był mi czas. Ale skąd mogłam wiedzieć, że tam rodzi się na wyścigi? Że lekarka lubuje się w cięciach? Gdybym miała tę wiedzę, co mam teraz, nie stchórzyłabym, gdy położna sprzedała mi radę, gdy nieśmiało odmówiłam przyjęcia wlewu z oksytocyną: „Może pani o tym podyskutować z panią doktor. Ale NIE RADZĘ”. A poszłabym dziś, a nagadała, a nie zgodziła się.

Za drugim razem była walka. Trwała ona od dnia, w którym zobaczyłam dwie kreski na teście. Gdy wyszukałam moją panią doktor, przychylną, wspierającą, przytulającą. Gdy wybierałam szpital (w innym mieście). Gdy zdecydowałam się opłacić położną, która będzie po mojej stronie i która kilka tygodni wcześniej poznała mnie i moje oczekiwania. Walkę, jak wiecie (z tego postu) wygrałam, VBAC się udał. Każda moja decyzja zbliżyła mnie do tego happy endu. Zadbałam.

Oddział położniczo-noworodkowy

jakdbaszPo porodzie dzieją się różne rzeczy. Mamą wstrząsają ogromne ilości hormonów. Nie myśli jasno. Jest w szoku, amoku, na autopilocie. Takiej mamie można wmówić wszystko. Że dziecko za spokojne. Że za dużo płacze. Że za długo je. Że za krótko je. Że nie ma pokarmu. Że głodzi dziecko. Że z takimi cyckami nie będzie karmić nigdy. Że dlaczego nie umie.

Za pierwszym razem było źle. Ja po cięciu dostałam na noc morfinkę, mniam mniam, słodkich snów. Natalia dostała zapewne butlę z mlekiem, mniam mniam, słodkich snów. Byłyśmy na różnych piętrach. Nikt nie zapytał, czy przynosić mi ją do karmienia, tulenia, kangurowania. Rano se kobito dziecko zobaczysz. Czytacie to, prawda? „Nikt nie zapytał”. Dzisiaj to ja bym zażądała przynoszenia mi jej. Żeby była obok na żądanie — moje i jej. Zapewnia mi to prawo. Nie umiecie poukładać sobie oddziałów na piętrach, to wasz problem.
Po dwóch dniach poprosiłam o pomoc laktacyjną (he he he, nie ma tam takiej, jest taka zwykła, czyli „coś tam słyszałam o karmieniu piersią, ale w razie czego mamy gotowe buteleczki”). Usłyszałam, że głodzę dziecko, że jest wściekle głodna, że teraz to nie ma opcji, żeby coś ode mnie zjadła. No pani oszalała. Marsz po butlę. Dzisiaj bym podziękowała za świetne rady.
Rano przychodziły panie z rozkazem odwiezienia dziecka do nich do gabinetu. Na nieśmiałe zaglądanie przez drzwi można było usłyszeć, że teraz mam wolne (od dziecka), mogę iść się wykąpać czy coś, a one się już zajmą moją córką. Natalka wracała wypachniona jakimiś płynami do kąpieli, oliwkami, ble ble ble. Teraz bym nie pozwoliła.

Za drugim razem było spokojnie. Od początku wiedziałam, że nawet gdyby VBAC się nie powiódł i skończyło się na cięciu — dziecko byłoby cały czas ze mną. A i Tomek mógłby bez ograniczeń z nami być. (Można??? Można???). Ta opcja na szczęście się nie sprawdziła. Leon był ze mną od początku. Chwilę leżał na sali noworodkowej, ale jak tylko podłączyli mnie do wzmacniających kroplówek (w uszach szumiało), posłałam Tomka po Leonka. I już zawsze był ze mną. Spał ze mną i nikomu to nie przeszkadzało.
Za dnia była fantastyczna położna doradca laktacyjny. Wszystko wiedziała, walczyła o karmienie piersią każdej mamy całą sobą (choć szanowała odmowy). Potem szła do domu, a władzę przejmowały pielęgniarki. Tak, nawet nie położne. I się zaczynało. Gdy któreś dziecko płakało za długo (wg znanego tylko im klucza znaczenia pojęcia „za długo”), przybiegały. Jedna zatroskana i „Ojej, spróbujemy dać butelkę?”. Inna bardziej konkretna, wołająca od progu sali „Jest pokarm?!”. Jak mnie widziały? Odwróconą do wejścia plecami (że tak powiem), leżącą na łóżku z synkiem. Ja się uczyłam wtedy jego, on się uczył mnie. Płakał. Więc zaglądała jedna z drugą przez ramię, ale wtedy napotykały mój wzrok. I sobie szły. Bez mlecznej propozycji. Ha!
A gdy wieczorem przyszła pielęgniarka z hasłem „Wasilewski do kąpieli” (że to mój syn niby ma iść), usłyszała tylko „Nie”. Przełknęła powietrze i powiedziała, że dobrze, że jasne, że zapisze to w papierach. A proszę bardzo. Leon dotknął wody po raz pierwszy, gdy miał tydzień, zdążył przez ten czas nawsiąkać się mazi płodowych, a obejmował go jego tata, a nie jakaś obca baba.

Morał

Chciałabym, żeby każda kobieta idąca rodzić, miała świadomość „jak za drugim razem”, żeby była asertywna, żeby znała swoje prawa, żeby wiedziała, że nikt nie może bez jej zgody wbić w rękę wenflonu. Że ma prawo odmawiać. Że ma prawo decydować o sobie, wszak mimo koktajlu hormonalnego, pozostaje w miarę w pełni władz umysłowych.

Że — uwaga, to ważne — ma prawo decydować o swoim dziecku. Że to jej dziecko. Nie doktora, nie położnej, nie pielęgniarki.

Że ma prawo do otrzymania porady medycznej opartej na najnowszych naukowych badaniach i dowodach.

Że jest podmiotem, a nie przedmiotem. Że jest w najważniejszym momencie swojego życia. Że staje się matką. A nie że jest położnicą do odfajkowania.

Że może się odezwać w swojej sprawie. Że ma prawo do informacji (znacie te przypadki doktorów na obchodach, co tylko w karcie coś nabazgrzą i chamsko rzucą „nie teraz”, gdy się ich zapytać o badanie?).

Że ma prawo do decyzji (powtarzam się). Decyzji, które podejmuje każdego dnia. Lekarz, szpital, położna, doula, książki, rozmowy, warsztaty.

Ale do tego potrzebna jest świadomość i wiedza w miarę merytoryczna. Można je zdobyć, podejmując zawczasu odpowiednie decyzje. Jak dbasz, tak masz, proste.

23 komentarze
  1. 02/12/2015
    • 03/12/2015
  2. 02/12/2015
  3. 03/12/2015
    • 03/12/2015
      • 07/12/2015
  4. 04/12/2015
    • 08/12/2015
  5. 04/12/2015
    • 08/12/2015
  6. 04/12/2015
    • 08/12/2015
  7. 05/12/2015
    • 08/12/2015
      • 08/12/2015
  8. 05/12/2015
    • 08/12/2015
  9. 09/12/2015
    • 11/12/2015
  10. 11/12/2015
    • 12/12/2015
  11. 14/12/2015

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *