Co zostaje z rodzicielstwa bliskości po dwóch latach?

slonO tym, jak odnalazłam się w idei rodzicielstwa bliskości, pisałam tutaj. Jeśli spodziewasz się dziecka lub masz już swoje maleństwo przy sobie, a zewsząd słyszysz niewspierające głosy o rozpieszczaniu, przyzwyczajaniu, rozbestwianiu i innych krzywdach, jakie wyrządzisz własnemu dziecku — to przeczytaj tamten post. I inne dostępne w sieci. Sięgnij po książkę Searsów (Księga rodzicielstwa bliskości). Dowiesz się, że może to, co ci się wydaje, że jest właściwe, właśnie takie jest.

Dla przypomnienia i dla punktu wyjścia do dzisiejszych rozważań. Państwo Searsowie utworzyli pojęcie attachment parenting i ujęli je w 7 filarów. Filarów, z których można czerpać do woli i bez wyrzutów sumienia. To nie nakazy, to drogowskazy. I tak.

  1.  Bliskość od narodzin.
  2. Karmienie piersią.
  3. Noszenie dziecka przy sobie.
  4. Spanie przy dziecku.
  5. Płacz dziecka jest sygnałem.
  6. Równowaga i wyznaczanie granic.
  7. Strzeż się trenerów dzieci.

Odnoszę wrażenie, że dzięki tym punktom pojawienie się Natalki przeszliśmy bez większych zawirowań. Przetrwaliśmy także pierwsze, dla mnie trudne, miesiące z dwojgiem już dzieci. Ale gdy myślę o Natalce i o naszych relacjach, to wiem, że to wszystko to był pan pikuś. Łatwizna. Pryszcz. Teraz dopiero stoję przed egzaminem i przed wymagającym egzaminatorem — moją córką. Musiałam porzucić proste rozwiązania. Bo zawiązanie płaczącego dziecka w chustę to proste rozwiązanie: jest problem, jest reakcja. Automat.

Patrzę więc na te 7 punktów i przeprowadzam rewizję. Książka Searsów jest dobra, na samiuteńki początek. Jeśli nie zrazisz się amerykańską formą przekazu, dotrzesz do treści, które uspokajają. W skrócie: wyłącz wszystko, wszystkie głosy, wszystkie rady. Popatrz na swoje dziecko i je przytulaj.
Można zapytać: po co więc czytać, skoro konkluzja jest taka, żeby słuchać intuicji? Są tacy ludzie, w tym ja, którzy muszą to usłyszeć. Cieszę się, że usłyszałam to, zanim urodziła się Natalia i zanim powkręcałam sobie jakieś dziwne teorie. Dzisiaj książka leży zakurzona na półce i czeka, aż będę mogła ją komuś podarować. Ja wiem komu. Dzisiaj dalej czytam i sięgam wyżej. Zabieram ze sobą w dalszą podróż dwa filary:

  1.  Ustalanie granic. Filar nad filary. Wciąż mam z nim problem i wciąż pracuję nad tym, aby moje granice były zachowane i aby wszyscy w rodzinie mieli prawo zachować własne. Ho, to prawdziwa ekwilibrystyka — żeby nikt się nie czuł pokrzywdzony i nikt nikogo nie krzywdził. Wierzę, że to ważne, czuję to. Pani psycholog, która miała jeden mały wykład podczas moich najnowszych studiów, powiedziała coś, co zapamiętałam. Że gdyby z całych jej studiów i kursów miała wybrać jedną najważniejszą myśl, byłoby to to, że dziecko potrzebuje dwóch rzeczy: miłości i granic.
  2. Płacz jest zawsze sygnałem. Zawsze! Gdy noworodek płacze, to prościzna: mleko, pielucha albo spanie. Ewentualnie temperatura, światło. Zawsze konkretna przyczyna. Gdy dziecko zaczyna ogarniać świat umysłem (niekoniecznie wysłowionym), mogą zacząć się schody. Wierzę, z całego serca wierzę, że płacz dziecka nigdy nie jest jego kaprysem, nawet gdy w sposób oczywisty tak właśnie wygląda. Wierzę, że to tylko i wyłącznie interpretacja dorosłego, czy uzna płacz za wymuszanie czy poszuka problemu. Płacz jest sygnałem, jest znakiem. Jest nieskończona lista problemów, czasem błahych w oczach dorosłego, z którymi dziecko nie potrafi się uporać, nie potrafi opowiedzieć, nie potrafi wydobyć ich na oczywisty widok. Dorosły też, prawda?
    Pójdę dalej, wszystko jest sygnałem, każde zachowanie, każdy gest jest sygnałem. Albo dzieje się dobrze, albo mamy problem. Moim zadaniem jest dotarcie do źródła.

Zalążek tego, co Searsowie dali i nazwali rodzicielstwem bliskości, jest świetną lekcją zerową, etapem przygotowawczym, umową przedwstępną i próbą swoich sił — przed tym, co mniej więcej czeka nas, rodziców, po kilkunastu miesiącach towarzyszenia dziecku. To świetne podwaliny, to czas na rozeznanie się w temacie, moment nabierania wprawy i pewności rodzicielskiej.

Kiedy dziecko nie je już z piersi (u mnie to akurat nie nastąpi nigdy, zaprawdę powiadam), kiedy nie jesteś w stanie namówić je na 5 minut przytulasków w chuście (za mało przyzwyczaiłaś do noszenia, no naprawdę), kiedy dwulatek od dawna śpi sam całe noce, w osobnym łóżku, w innym pokoju (wielkie plany co-sleepingowe wzięły w łeb)… czas wziąć resztę i iść dalej. Głębiej. Odnaleźć swoje nowe filary, odnaleźć siebie — rodzica, takiego, jakim by się chciało być. Wystarczająco dobrego, żeby patrzeć bez zgrzytu w lustro.

Po Searsach przychodzi czas na następnych: na Juula, na Kohna, na Montessori, na Gordona. A potem dalej, jeszcze.
Ogromnie mnie fascynuje i ciekawi, co tam znajdę. W książkach to swoją drogą, ale w moich dzieciach, w nich!

 


Na marginesie. Strzeżenie się treserów dzieci też jest ważne, ale jak ktoś przerobił wszystko od początku, to nie sądzę, żeby przyszedł mu pomysł na tresowanie do głowy. Behawioryzm jest fajny. Dla piesków.

 

14 komentarzy
  1. 19/05/2016
    • 20/05/2016
      • 21/05/2016
      • 26/08/2016
  2. 21/05/2016
    • 21/05/2016
    • 25/05/2016
      • 26/05/2016
  3. 21/05/2016
    • 21/05/2016
      • 22/05/2016
      • 25/05/2016
      • 26/05/2016
      • 17/06/2016

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *