Przychodzi taki dzień, że i tak musisz jechać do zusu

cheese— [jedźemy do dźuwy] — powtórzyła za nami Natalia. Co oznaczało (w tłumaczeniu fonetycznym): jedziemy do dziury. A w znaczeniu semantycznym (tak, wiem, pleonazm): jedziemy do ZUS-u. Taka pomyłka — przypadek? A sami zobaczcie.

Moja przygoda z Z. rozpoczęła się na dobre 2 lata temu, kiedy ogłaszałam urlop macierzyński z tytułu urodzenia Natalki. W ZUS-ie nie ma „urlopu”, w ZUS-ie jest zasiłek. A słowa znaczą!

Urlop macierzyński w trzech częściach

Gdy Natka miała 2 tygodnie, zebraliśmy się w deszczowy majowy ranek do siedziby Z., żeby złożyć odpowiednie wnioski. Postanowiłam, że chcę przez pół roku otrzymywać 100% tego, co mi przysługuje, a przez drugie pół roku 60% tej kwoty. Inna opcja to przez cały rok 80%. W moim wariancie trzeba na takiej kartce, którą ma pani w okienku, pozakreślać odpowiednie opcje. Pozakreślałam. I trzeba mieć rozpisany rok na tygodnie. Nie miałam, co spotkało się z fochem. No bo pani znowu musi to za kogoś zrobić.

Podpowiadam. Trzeba to rozpisać tak:
Urlop macierzyński: 20 tygodni (daty: od–do, najbezpieczniej liczyć na kalendarzu po prostu, np. 1.05.2014–17.09.2014).
Dodatkowy urlop macierzyński: 6 tygodni (daty: od–do, np. 18.09.2014–29.10.2014).
Urlop rodzicielski: 26 tygodni (daty od–do, np. 30.10.2014–29.04.2015).

Wyjdzie na koniec, że brakuje dnia lub dwóch do pełnego roku.

Pani z fochem policzyła mi to, upewniwszy się u koleżanki, że rok 2015 nie jest przestępny. Przecież w połowie maja 2014 można o tym wciąż nie wiedzieć. Pani z fochem prosi o PESEL ojca dziecka, żeby wykluczyć go z urlopu rodzicielskiego (drugie półrocze można oddać ojcu dziecka). Nie mam. FOCH. Lecę w strugach deszczu szukać Tomka, bo przecież pod Z. zaparkować normalnie się nie da. Zastaję go z rozwrzeszczaną Natką (no bo ileż można), zostaję ją nakarmić. Wracam do gmachu, z PESEL-em ojca mojego dziecka. Jest za trzy piętnasta. Ekrany z biletami zgaszone, panuje półmrok i kompletna cisza. Koniec roboty. Powtarzam manewr za jakiś czas, uzbrojona w wyliczone tygodnie, PESEL ojca dziecka i wypełniony formularz. Przeszło. Muszę jeszcze tylko przed upływem tych pierwszych 20 tygodni przyjść potwierdzić, że chcę następne zasiłki. Przejdę się, nie ma sprawy.

Urlop macierzyński przed urodzeniem się dziecka

Ledwie skończył mi się zasiłek za Natalię, a tu zaraz Leon przyjdzie na świat. Jako pracownik etatowy nie mogłabym tak zrobić, ale jako osoba z działalnością gospodarczą mam dodatkowe prawo (chociaż to jedno!) iść na urlop macierzyński jeszcze przed urodzeniem się dziecka. Mogę to zrobić do 6 tygodni przed planowanym terminem porodu. Po prostu te 52 tygodnie (20 + 6 + 26) zaczną biec wcześniej i — no niestety — szybciej się skończą. Ale postanawiam skorzystać. Do tego celu potrzebuję zaświadczenie od lekarza z pieczątką i wpisanym terminem porodu (o terminie porodu pisałam tu). Idę do mojego ulubionego zestawu okienek pt. „zasiłki”. Z brzucholem jak ta lala zasiadam przed panią. No i foch. Bo pani doktor nie wpisała mojego numeru PESEL na zaświadczeniu. Ale pani wierzy, że to o mnie chodzi, pani przyjmie wniosek i formularz. Ten sam formularz, co rok temu, wciąż aktualny. Aaa nie! Pani ma fajniejszy formularz, dostępny tylko u niej przy okienku. Można wypełnić. Wypełniam tymi samymi danymi (no bo co można wymyślić?), tylko w innym układzie, bez kratek, w odmiennej kolejności. Pani po prostu nie lubi tamtego formularza, zrozumcie.

Na koniec — uwaga — tak na wszelki wypadek pani z intonacją nadziei zapytuje:

— Ale aktu urodzenia jeszcze pani nie ma?

Urlop wychowawczy a działalność gospodarcza

Kilka dni temu dobiegał końca Leonkowy urlop macierzyński i zastanawiałam się co dalej. Po drodze pojawiały się różne propozycje, ale z części niewiele wyszło, inne ja odrzuciłam. Na tę chwilę postanowiłam pójść na urlop wychowawczy.

Co to oznacza?
Obowiązek zawieszenia działalności gospodarczej — z zaznaczeniem krzyżyka w odpowiedniej rubryce (to bardzo ważne!). Oznacza to niemożność wykonywania działalności, co jest bardzo na minus w porównaniu z okresem zasiłku macierzyńskiego, kiedy to pod warunkiem opłacania składki ubezpieczenia zdrowotnego działalność może hulać.
Zgłoszenie tego w ZUS-ie: wówczas pozostaję razem z dziećmi objęta ubezpieczeniem zdrowotnym (nie trzeba opłacać składki).

Ale żeby się tego dowiedzieć, musiałam zrobić, co następuje.

Dzień 1. W czwartek pojechaliśmy do Z. Dzieci zostały z Tomkiem w aucie, a ja poszłam się dowiedzieć, co i jak. Ot, tak na luzie, bo w sumie to o tym wychowawczym jeszcze nie postanowiłam do końca. Ding dong. Błąd. Poszłam z nie takim nastawieniem! Chciałam potraktować panie w ZUS-ie jak doradców petenta. Do pań w Z. idzie się z gotowym formularzem! Pani w informacji powiedziała, że tak, to tu się wszystkiego dowiem. Bilecik proszę wziąć taki i zapytać w okienku. Odczekałam 7 osób (godzina) i wyjście pani do toalety (5 minut). Podeszłam do okienka. Mówię co i jak, pani zadaje pytania pomocnicze, ale nie do mojej sprawy, więc zaczynam się gubić, o co chodzi. No jakoś forsuję informację, że chcę się dowiedzieć, jakie mam opcje i jak się przechodzi na urlop wychowawczy, z czym to się wiąże (…). Myślę, że pogrzebałam swoje szanse na odpowiedź początkowym sformułowaniem: „jakie mam opcje”. Tak, to tu tkwił błąd. Albowiem pani w okienku (z napisem na górze: wnioski i zaświadczenia) rozłożyła ręce i powiedziała mi tak:

— Nie wiem.

Poradziła, abym poszła do sali pt. „zasiłki” (tam, gdzie chodziłam po macierzyńskie). Zdziwiłam się, bo żadnego zasiłku nie chcę. Ale ona z tym swoim „nie wiem” była tak bezradna, że wstałam i poszłam. Pani w informacji (innej niż ta pierwsza, bo to inna część budynku, inne wejście, od innej ulicy) zdziwiła się i poleciła wrócić na „wnioski i zaświadczenia”. Powiedziałam, że stamtąd przybywam. Już się czuję jak Asterix i Obelix w 12 pracach. W takim razie na salę „zasiłki”. Odczekałam 7 osób (40 minut). Tomek dzwoni, że w aucie tragedia, ale coś wymyśli. Idę do okienka, mówię, o co chodzi i słyszę, że jednak to zdecydowanie nie u nich. Jednak „wnioski i zaświadczenia”. Albo do MOPS-u żebym poszła. Teraz to ja jestem sprajt. Teraz to ja wychodzę z fochem.
Wnerwiona wracam na „wnioski i zaświadczenia” i uderzam do pani w informacji. Ona mnie pamięta. Nie może uwierzyć, że ktoś z „wniosków i zaświadczeń” odesłał mnie do „zasiłków”. Gdybym miała lepszą pamięć do twarzy, już bym opisała tę bezradną panią, co to ona nie wie. Ale mówię tylko, że taka po lewej stronie. Pani z informacji dzwoni, potem szuka w szafce, znajduje plik 3 kartek A4, zadrukowanych dwustronnie. I mówi, że działalność zawiesić należy, a druk ten dostarczyć do „wniosków i zaświadczeń”. Czyli to, co chciałam się dowiedzieć 2 godziny temu.

Dzień 2. W piątek pojechaliśmy do urzędu miasta, żeby zawiesić działalność. Był to ostatni dzień, w którym mogłam to zrobić. W urzędzie ludzi mało, podeszłam do okienka z niewypełnionym formularzem CEiDG, ale to nic, nawet lepiej, bo pani zaznaczyła, co wypełnić, co wpisać. A w międzyczasie wyszło w rozmowie że to na okoliczność sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem i że trzeba taki kwadracik zakreślić, a daty to wpisać najlepiej takie (maksymalnie na 3 lata, przy czym dziecko nie może ukończyć 5. roku życia). Na koniec jeszcze dopytała o noszenie dzieci (byłam z Leonem w nosidle), bo niedługo zostanie babcią — i w ogóle miło i przyjemnie. A do ZUS-u to wystarczy pojechać w poniedziałek, nie pali się.

Dzień 3. Czarny poniedziałek. Wybieramy się do ZUS-u z rana, żeby mieć szybko z głowy i załatwiać inne sprawy. Idę z tymi kartkami do wypełnienia. Pojęcia nie mam, jak je nazwać. Czy to wniosek, czy formularz. Na środku napisane jest „oświadczenie”. A w lewym górnym rogu — „Załącznik nr 2”. Konia z rzędem temu, kto wie, do czego to załącznik i czemu tego czegoś wypełniać nie trzeba. Idę na „wnioski i zaświadczenia”. Odczekuję swoje i co? Trafiam do tej samej pani. Nieważne, bo i tak pewnie nie pamięta. Daję wypełnione kartki, upewniam się, co wpisać jeszcze w trzech miejscach. Teraz to jest rozmowa. Jest formularz, jest dobrze. Pani przyjmuje, podbija pieczątkę i rzuca niby od niechcenia:

— Poproszę akty urodzenia pani dzieci.

Następuje długie „Yyyyyyyyyyyyyyy” z mojej strony. Bo żebym nie przyjechała w czwartek, żebym nie spędziła 2 godzin, nie latała jak wariatka po salach, wejściach, informacjach i kolejkach, tylko przyszła na pałę i udawała, że wiem o co chodzi. No nie. To jest domyślne zawsze i w ZUS-ie: bez aktów urodzenia nie ma składania formularzy. O tym informować nie trzeba.
Pani zawahała się, czy przyjąć czy nie przyjąć. Ale to jutro będzie za późno. Obiecuję, że zdążę dowieźć akty, w poniedziałek Z. wyjątkowo do 17.00, więc powinnam dać radę. Wracam do auta, mówię co i jak i że zamiast jechać załatwiać inne sprawy, wracamy do domu po akty. Wracamy, biegnę odnaleźć akty. Szukam, szukam, szukam. I szukam, i szukam, i szukam. Poszukałam jeszcze 3 razy od początku i skończyły mi się nieprzeszukane miejsca. Idę do Tomka i dzieci. Trudno, no nie załatwię tego wychowawczego, mam to gdzieś. Jedziemy załatwiać inne sprawy. O 14.00 postanawiamy, że wracamy do domu jeszcze raz przeszukać przeszukane. Tomek wynalazł jeszcze kilka miejsc, ale i one się skończyły. A aktów nie ma. Dochodzi 15.00, mówię zdesperowana:

— Sprawdź, do której dzisiaj jest urząd stanu cywilnego.
— Do 16.15. Zdążymy.
— No to jedziemy.

Podrywamy dzieci ze snu i pakujemy się w samochód. O 15.45 wybiegam z samochodu (Tomek jedzie dalej, mamy się szukać, a ja nie mam cały dzień komórki). W urzędzie kolejka na 5 osób, ale idzie jak krew z nosa. Po chwili orientuję się, że żeby dostać akt urodzenia, muszę wypełnić wniosek (wnioski, wnioski są najważniejsze!). Wypełniam razy dwa, za dwoje dzieci. Dochodzi 16.15, ale ku mojemu zdziwieniu urzędniczki siedzą i wygląda na to, że obsłużą całą kolejkę. Podchodzę do pani. To była chyba ważna pani, bo wszyscy przychodzili się do niej coś spytać. Ponadto pani była bardzo miła i domyślna. Bo o ile akt urodzenia Leona jest „zmigrowany” (tj. widnieje w systemie komputerowym i jest widoczny w każdym USC w Polsce), to akt urodzenia Natalki był jeszcze starym sposobem sporządzany, a zmigrowanie takiego aktu oficjalnie trwa 2 tygodnie. Pani — po mojej informacji, że potrzebuję te akty do pokazania w ZUS-ie — po pierwsze sporządziła mi je za darmo (zamiast za 22 lub 33 zł/sztukę), co jest zgodne z ustawą oczywiście, a nie że to jakiś specjalny prezent dla mnie, to jeszcze wyszukała i zmigrowała mi Natkę od ręki, a nie na za 2 tygodnie, za co jestem bardzo wdzięczna. Wybiegam z urzędu z aktami, idę w umówione miejsce spotkania z Tomkiem, ale ten zgarnia mnie po drodze. Jest 16.34 i mamy 26 minut, żeby przebić się przez korki i dojechać do Z.

O 16.52 wybiegam z samochodu i lecę na „wnioski i zaświadczenia”. Wpadam na salę, olawszy bilecik z kolejkomatu. Nie ma! Nie ma pani, która przyjmowała mój wniosek. Kto by wysiedział do 17.00? Idę do innej pani i pytam o tamtą, bo akty miałam dowieźć. Ta druga pyta, czy tamta będzie wiedziała, o co chodzi, jeśli ona jej przekaże. Mam trochę wątpliwości co do rozgarnięcia tamtej, ale mówię, że powinna wiedzieć. Kseruje, oddaje, żegna.

Wychodzę z gmachu. Jest 17.00. Idę do samochodu wśród wyjących syren. Godzina W. Nie, to godzina U (jak ulga).

Dzieci cały dzień spędziły w samochodzie. Z obiadu nici (nie zdążę o przyzwoitej porze, nie tak miało być). Jedziemy po gotowe placki ziemniaczane. Zgadnijcie, tak, na ostatnią chwilę (czynne do 18.00).

Natka miała rację. Dziuwa i tyle.

 

 

I jeszcze POSŁOWIE. Półtora tygodnia później otrzymuję list z ZUS-u, że dostali info od UM, że zawieszam DG, ale nie wysłałam deklaracji XXX i YYY (tam jest wiele literek) i że foch i wykreślają mnie z ubezpieczenia zdrowotnego, a deklaracje mam dosłać w ciągu 7 dni. No i co, przede mną jeszcze jedna wizyta we „wnioskach i zaświadczeniach”. Muszę przecież powiedzieć, że podczas zawieszonej DG nie da się wysłać deklaracji XXX i YYY i że mam z powrotem być ubezpieczona, bo złożyłam załącznik nr 2 do jakiegoś wniosku bez tegoż wniosku i wyczarowałam akty urodzenia, a moje dzieci cały dzień spędziły w samochodzie!

Tags:, ,
7 komentarzy
  1. 16/08/2016
    • 22/08/2016
  2. 16/08/2016
    • 22/08/2016
  3. 17/08/2016
    • 22/08/2016
  4. 20/09/2016

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *