Matka roku

Środa dobiegała końca. Wrześniowe słońce przestawało prażyć i robiło się przyjemnie ciepło. Byłam spokojna, bo 75% rzeczy na podróż było już spakowanych. W tym moje, w tym piżama, o której notorycznie zapominałam. Poszliśmy jeszcze wszyscy po jakieś bułki na kolację, pożegnaliśmy się z sąsiadami, Natalia oddała pożyczony wózek, Leon jeszcze dawał radę.

Za godzinę wyruszaliśmy do Łodzi, do moich rodziców, zabunkrować się na tydzień. Tomek jechał dalej, a potem jeszcze dalej leciał ([do londylu]). Zmieniliśmy plan, nie chcieliśmy jechać w czwartek w środku dnia (drzemka Leona), bo upały, a my bez klimatyzacji. Dopięliśmy wszystko na środowy wieczór, tak żeby dzieci się przespały przez całą drogę.

Jeszcze trochę krzątaniny, ostatnie rzeczy do spakowania. Zioła do podlania. Rybki do nakarmienia. Wezmę jeszcze torebkę Natalki, to nic, że mówi, że nie chce. Wiadomo, że będzie chciała na miejscu. Przebrałam Leosia w piżamę, żeby było mu wygodnie i żeby nie kombinować na miejscu. Pościeliłam łóżko na nasz powrót. Tomek poszedł z pierwszą turą bagaży, ja koiłam nerwy Natczyne (za dużo emocji). Na drugi raz poszliśmy wszyscy już. Ach, weźmiemy jeszcze hulajnogę, tak do pełni szczęścia.

Tomek rzucił jeszcze — jak to zawsze rzucić trzeba przed wyjściem — „ciekawe, o czym zapomnieliśmy”. Hi hi. We mnie pełen spokój, takiej kontroli nad wszystkim jeszcze nie miałam. Gładko zapakowaliśmy się do auta. Wtem!

Tomek zorientował się, że nie zabrał obu koszul na event, na który leci. No gapa, no! Co za szczęście, że sobie przypomniał w garażu. Czas oczekiwania na jego powrót wykorzystałam na negocjacje z Natką co do zrobienia siku przed podróżą.

Ruszamy. 21.00. Tomek mówi, że dojedziemy o północy. Leon zasypia jeszcze na osiedlu, Natka zaraz po nim. Mnie się udaje dotrwać gdzieś do Oleśnicy. Tomek budzi mnie, gdy mijamy znak informacyjny, że zaraz będzie węzeł „Rzgów”. „Taki wielki znak, jak można nie trafić w zjazd?” — myślę sobie, wspominając, jak moi rodzice 3 tygodnie wcześniej pobłądzili. 45 sekund później sami ten zjazd przegapiamy. Nie szkodzi, wyjeżdżamy kolejnym na A-jedynce i dojeżdżamy do rodziców. Natka się budzi i łagodnie mówi, że chce do babci. Babcia po nią wychodzi. Dziadek zabiera z nami bagaże.

Jest północ. Ach ten tajming Tomka.

Usypiam rozbudzonego Leona, Natka bawi się jeszcze z dziadkami. Myślę sobie prawie błogo: „ach, jeszcze tylko przebrać Natkę w piżamkę”. Werbalizuję myśl w kierunku Tomka. Szeptem, żeby Leona nie rozbudzać jeszcze bardziej.

— A gdzie jest piżamka? — odpowiada pytaniem Tomek.
— W walizce. — W domyśle: jak wszystkie ciuchy dzieci.
— A gdzie jest walizka?

walizka

Muszę kończyć?
W pokoju Natki, pod komodą.
Natka została w brudnych ciuchach i 3 parach butów (schowanych po innych torbach). Leon — w piżamie.
Kurtyna.

 

 

 

 


Nie, nie kurtyna. Jest posłowie. Kiedy jeszcze po cichu, szeptem i trochę wisielczo chichrałam się z samej siebie, Tomek już zdążył sprawdzić, że polskimbusem zajmie mu to 8 godzin i kosztować będzie 38 zł, żeby nie musieć kupować niepotrzebnych ubrań w pepco.

3 komentarze
  1. 13/09/2016
  2. 18/09/2016
  3. 20/09/2016

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *