Co widziałam w przedszkolu Montessori?

Praktyki w przedszkolu już dawno za mną, ale cały czas je trawię. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób chciałoby się dowiedzieć, co się dzieje w takim przedszkolu, bo sama nazwa brzmi dosyć tajemniczo. I tak właśnie jest. Zupełnie inaczej, niż można sobie myśleć o przedszkolu. Czasem na odwrót, czasem podobnie, czasem wow.

O pedagogice i edukacji Marii Montessori naprawdę ciężko dowiedzieć się czegoś z lektur (papierowych, internetowych). Nawet jak się przeczyta te 2 książki Montessori wydane po polsku, plus jedną w obiegu nieoficjalnym, plus jeszcze jedną wyjaśniającą, o co chodzi — to to i tak nie jest to. Okazało się, że tego trzeba po prostu doznać. Tak samo jak dziecko. Trzeba wejść w to specjalne otoczenie, pozwolić poprowadzić się nauczycielowi, a potem doświadczyć samodzielnie. I choć nie wiem, czy kiedykolwiek ten rok studiów (i cały nakład sił wielu osób z tym związany) przełoży się na jakieś wymierne (liczone w złotówkach) profity, to nie żałuję, że podjęłam tę decyzję.

Udało mi się wyprzedzić przyszłe dylematy i mocno je zredukować. O tym na pewno jeszcze napiszę, gdy przyjdzie czas zadecydować: edukacja domowa czy szkoła (przedszkole) Montessori?

Co więc widziałam na praktykach, że mnie tak poruszyło? Jak wygląda czas spędzany w przedszkolu montessoriańskim? Ten ważny czas, ta jedna trzecia życia każdego dziecka?

Otoczenie

Otoczenie jest jednym z trzech filarów (oprócz dziecka i nauczyciela). Jest specjalnie zaprojektowane, pomyślane i dopieszczone. Można by je nowocześnie nazwać ergonomicznym, bo wszystko jest tam, gdzie być powinno. Nauczyciel sam je projektuje i zna na wylot i z zamkniętymi oczami. I często wprowadza zmiany! Zmiany są po to, żeby sprawdzić, czy nie można lepiej; albo żeby dać szansę zapomnianym materiałom (pomocom) na ponowne odkrycie.

A dla postronnego obserwatora otoczenie montessoriańskie wygląda po prostu jak nie do końca przedszkolne. Raczej nie ma pstrych ozdób zwieszających się ze ścian, nie ma przyklejonych na szybach króliczków i słoneczek. Nie jest tak kolorowo. W założeniu jest bardziej domowo. Tu fotel do czytania i lampa. Tu stolik śniadaniowy z różą w dzbanku. Żywe rośliny, żywe zwierzęta. Dywany. Blat kuchenny ze zlewem dla dzieci, naczyniami i sztućcami. Ba, deska do prasowania z żelazkiem i miska z tarką do prania też są. Takie było założenie Marii Montessori: stworzyć casa dei bambini — dom dziecięcy (takie tłumaczenie dla odróżnienia od domu dziecka), w którym dzieciaki z biednej dzielnicy zamiast włóczyć się cały dzień po ulicy i uczyć się głupot, będą spędzać czas pożytecznie i twórczo, a do życia się przysposobią.

Jest magia w takim miejscu, to robi wrażenie i wzbudza szacunek. Nawet ja się przemieniałam w osobę, która zostawia po sobie porządek i równo na półkę odkłada każdą pomoc. I do tej pory rozgryźć nie mogę, dlaczego w moim własnym domu mi to nie wychodzi.

Brak grup wiekowych

Przedszkola montessoriańskie nie mają podziału wiekowego. W jednej sali przebywają dzieci w wieku 2,5–6 lat. Byłam, zobaczyłam, uważam, że to genialne rozwiązanie, choć podejrzewam, że w konwencjonalnym przedszkolu by się nie sprawdziło. Znów jest jak w domu, jak w dużej rodzinie, gdzie starsze rodzeństwo strzeże porządku, opiekuje się młodszymi i uczy nowych rzeczy. A młodsze dzieci szybko się wdrażają.

Praca indywidualna

To jest to, co bardzo odróżnia przedszkola montessoriańskie od konwencjonalnych. Podczas gdy w „normalnych” przedszkolach dzieci siedzą razem przy stolikach i wyklejają obrazki na zadany temat, tu każde robi coś innego. Nie ma innej opcji, bo zasadą otoczenia jest to, że każda pomoc w klasie jest niepowtórzona. Czasami nauczyciele zgadzają się na pracę w zespołach, czasami materiały tego wymagają. Ale gdy jedno dziecko układa wieżę, to drugie musi na nią zaczekać.

Podążanie za dzieckiem i doskonała obserwacja

Naprawdę wrażenie robi to, że nauczycielki ogarniają, co kto już potrafi, na jakim etapie i gdzie by może go jeszcze nakierować. Jedną z metod pracy w przedszkolu montessoriańskim jest obserwacja. Nauczycielka podczas obserwacji nie pracuje z dziećmi i nie wchodzi z nimi w rozmowy (dzieci wiedzą o tym), prowadzi notatki. W przedszkolu, w którym miałam praktyki, dwa razy do roku nauczycielki rozmawiają z rodzicami dziecka i omawiają, co tam się u niego wykluwa. Sporządzają taką opinię na piśmie. Skupiają się na tym, co dobre.

Samodzielność, samoobsługa, decyzyjność

„Pomóż mi to zrobić samodzielnie” — mniej więcej tyle wiedziałam o Montessori, gdy ponad rok temu zaczynałam studia. Prowadząca zajęcia powiedziała, że w zasadzie wiem już wszystko. Taki żarcik. Ale taka jest nadrzędna idea pedagogiki i edukacji Montessori. Dzieci w takim przedszkolu m.in.:

  • Same się ubierają i rozbierają. Buty czasami są założone odwrotnie, ale nauczycielki nie interweniują (chyba że ze względów ortopedycznych jest przykaz zakładania prawidłowo butów, choć zdarza się to bardzo rzadko). Przyznam, że Natka też biega w butach założonych odwrotnie, a ja się już tak przestawiłam z myśleniem, że jak ktoś mi zwróci uwagę na to, to z dumą odpowiadam „No tak! SAMA założyła!”.
  • Uczą się dostosowywać ubiór do pogody. W szatni dzieci mają pełen zestaw ciuchów na zmianę. Od majtek, przez kalosze, płaszcze, spodnie deszczowe, bluzy, czapki od wiatru i czapki od słońca po filtry przeciwsłoneczne i parasolki. Wychodzą na dwór codziennie, bez względu na pogodę. Ubierają się tak, jak wskazuje na to pogoda (nie: kalendarz).
  • Same chodzą do toalety, same myją ręce. To raczej standard w każdym przedszkolu.
  • Same nakrywają do stołu na obiad. Przynoszą krzesełka. Rozkładają wazony z kwiatami na stolikach. Układają talerze i sztućce. Czasem nawet serwetki. Po obiedzie odnoszą talerze i sztućce, wyrzucają resztki jedzenia.
  • Piją wodę, kiedy chcą. Zawsze jest woda dostępna w klasie. W każdej chwili można podejść, nalać do szklanki (prawdziwej, szklanej szklanki) wodę. Potem wystarczy ją umyć w zlewie i odłożyć na suszarkę. Tak, same po sobie zmywają.
  • Nie ma wspólnego śniadania. W godzinach 8–11 wyłożone jest śniadanie na wspólnym blacie i każdy według potrzeby może sobie samemu przygotować kanapkę. Nawet kilkakrotnie. I potem pozmywać po sobie, oczywiście.
  • Dzieci nie są zmuszane do jedzenia. Kropka. Decyzje!

Porządek

Naprawdę można się od nich uczyć. Patrzeć i uczyć się. Po skończonej pracy dzieci sprzątają pomoce i układają na półce. Po czasie pracy własnej jeszcze raz półki są porządkowane. Każde dziecko ma swoją szafkę pod opieką, wyrównuje pomoce do brzegu i upewnia się, że są na swoim miejscu.

Zdarza się, że się coś wyleje lub rozsypie. Dzieci wiedzą, gdzie są ściereczki, gdzie szczotka z szufelką, a gdzie szczotka na kiju. Wiedzą, jak wyczyścić stolik. Pamiętają, żeby za każdym razem zasunąć po sobie krzesełko.

Maria Montessori przewidziała naukę prania (ręcznego), prasowania, pastowania butów, mycia okien, polerowania. Słowem — wszystko, co wykorzystuje naturalne dążenie do porządku (które ktoś mi musiał odebrać!) i jest przydatne w codziennym, domowym życiu.

Brak nagród i kar

Montessori była przeciwniczką stosowania nagród i kar. Gdy o tym usłyszałam w pierwszym dniu studiów (tak, tego też nie wiedziałam), poczułam, że na pewno jestem tam, gdzie powinnam. Dzieci nie są chwalone za swoją pracę. Przynajmniej nie tak, jak powszechnie się to robi (ślicznie, bardzo ładnie). Już pierwszego dnia praktyk to zobaczyłam, kiedy dwoje dzieci ułożyło konstrukcję z brązowych schodów i czerwonych belek, podeszła do nich nauczycielka i zamiast zakrzyknąć piskliwie „och jakie śliczne” — powiedziała „bardzo lubię patrzeć, kiedy budujecie takie konstrukcje”. No i git, nikt jej nie pytał, czy jej się to podoba czy nie. Liczyło się, że przyszła i zauważyła pracę.

Dzieci nie są karane. Z dziećmi się rozmawia. Na spokojnie (naprawdę podziwiam!), na boku, indywidualnie. Proponuje się inne zachowanie. Unika się krytyki. Założenie jest takie, że dzieci są z gruntu dobre i nie po drodze im robić coś złośliwie. A jeśli tak nam się wydaje, to trzeba poobierać tę cebulę i dotrzeć do sedna sprawy, bo najczęściej coś gdzieś jest na rzeczy. Czasem da się naprawić, czasem nie.

Komunikacja według Thomasa Gordona

Dyrektorka tego przedszkola i jednocześnie kierowniczka moich studiów jest trenerką metody komunikacyjnej Gordona. W pakiecie z kursem montessoriańskim dostaliśmy więc pełny kurs „Trening Skutecznego Nauczyciela”. Z tej metody przeszkoleni są wszyscy nauczyciele w przedszkolu. Przyznam, że podczas kursu nie śniło mi się, ile razy w ciągu jednego dnia nauczyciel jest w stanie wygenerować z siebie komunikaty gordonowskie. Ileż mi to dało!

O metodach Gordona będzie osobno. W skrócie nadmienię, że chodzi o zrozumienie drugiej strony, dotarcie do istoty problemu i pomoc w samodzielnym rozwiązaniu go przez dziecko.

 

Czas na placu zabaw to czas dzieci

Dzieci codziennie wychodzą na dwór. Jeśli nie idą na spacer, to mają do dyspozycji podwórko. Nie że jakieś wychuchane. Za to bardzo funkcjonalne. Ogromna piaskownica z wielkim parasolem przeciwsłonecznym. Huśtawki, drabinki, zjeżdżalnia (nie za wielkie). Domki, krzesła, stoliki. Altana, w której jest woda, a gdy jest ciepło — można zjeść śniadanie czy obiad. Zasada jest taka, że na zewnątrz dzieci radzą sobie same. Nauczycielki są dostępne, ale nie ingerują, gdy nie trzeba (nie leje się krew). Dzieci mogą przyjść z każdym problemem oczywiście, ale często zostaną nakierowane na samodzielne szukanie rozwiązań.

Czasem są konflikty, wiadomo. Przedszkole montessoriańskie, ale dzieci normalne. W wersji master pomoc sprowadza się to do biernego udziału w dyskusji. Tak oto nauczycielka „rozwiązała” codzienny problem huśtawek.

— Proszę pani, moja kolej, a ona nie schodzi.
— Mhm — nauczycielka próbuje rozeznać się, co kto i kiedy.
— A nie bo […] — standardowe przepychanki dzieci.
— Mhm.
— A nie bo […].
— Mhm.
[…] — kilka powtórzeń i „mhm” nauczycielki.
— Bo ty się huśtasz — dzieci same przestają się zwracać do nauczycielki, a zaczynają do siebie. Po kilku zdaniach same znajdują rozwiązanie. Nauczycielka siada. Nie powiedziała nic ponad „mhm”.

Dzień basenowy

Na podwórku dzieci mogą wszystko. Zawsze mają ubranie na zmianę, więc niejednokrotnie wracają do przedszkola uwalone (!!!) błotem, piachem, trawą. Co więcej. Jak jest za sucho, za nudno, to daje się dzieciom węże, odkręca wodę i same sobie robią błotko.

Ja praktyki miałam w środku czerwca. Pod koniec były ogromne upały. Widzieliście kiedyś przedszkole, w którym dzieciom wystawia się basen z wodą? Ja to widziałam. Dzieci w kostiumach, woda, słońce, leżaki, ręczniki. Wszyscy mokrzy i szczęśliwi. Nauczycielki pochlapane, żadnych skarg.

Podsumowanie

Byłam, widziałam. Gorąco polecam dobre placówki montessoriańskie. Dochodzą do mnie sygnały, że niektóre tak się tylko nazywają (a czesne bolesne), natomiast w środku bywa różnie. Cóż, trzeba sprawdzić samemu. Dobre przedszkole Montessori stoi otworem. Można umówić się na rozmowę, można umówić się na obserwację.

Mnie nie interesuje ścieżka oficjalnego systemu edukacyjnego, z reformą, bez reformy. Idzie to nie w tę stronę. Montessori działała już ponad 100 lat temu, a ciągle jest prawie w podziemiu. Ciekawe, prawda?

 

Co jeszcze chcecie wiedzieć o edukacji Marii Montessori?

 

10 komentarzy
  1. 31/01/2017
    • 01/02/2017
  2. 01/02/2017
    • 06/02/2017
      • 24/02/2017
  3. 02/02/2017
    • 06/02/2017
      • 06/02/2017
  4. 20/02/2017
    • 23/02/2017

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *