5 tygodni na roślinach

Złożyło się kilka czynników

  1. Tomek od dawna wspominał, że chciałby przez jakiś czas ograniczyć albo wykluczyć mięso. No ale jak to, no przecież dzieci, jak to gotować, ogarnąć, jak teraz ledwie co uda mi się rzucić do garnka, żeby wyrobić się na czas. Co jeść?!
  2. Tomek znalazł jakąś książkę jakiegoś amerykańskiego pana, który przekonywał do diety roślinnej. Żeby spróbować chociaż, no te 3 tygodnie to się jakoś człowiek przemęczy. Spoko, książek wegetariańskich i wegańskich widziałam w swoim życiu sporo. Nie żebym je czytała, ale zdarzyło się robić skład dla wydawnictwa. Więc nawet widziałam je bardziej niż normalnie. Choć nie dopuszczałam do siebie nawet myśli, że mogłabym być nimi zainteresowana. Aż do momentu, kiedy przeczytałam przedmowę Beyoncé do tej książki amerykańskiego pana, którą czytał Tomek. Że ona w tym Teksasie to cały czas fajity wcinała i nie mogła sobie wyobrazić bez nich życia. A jednak przeszła na rośliny i mówi, że jak ona — taka mięsiara — mogła, to każdy może.
  3. Zrobiłam (po przeczytaniu przedmowy Beyoncé) rachunek sumienia i wyszło mi, że przez całe moje ponadtrzydekadowe życie nie miałam ani jednego, naprawdę ani jednego dnia bez mięsa! I tu trochę się wkurzyłam, bo pomyślałam, że moim życiem i zdrowiem rządzą kabanosy, a nie ja, i że może czas to przerwać. I jak ktoś deklaruje, że nie wyobrażał sobie życia bez mięsa (jak ja), a jednak mu się udało (jak Beyoncé), to chyba idzie przetrwać.
  4. Dwa dni przed rozpoczęciem eksperymentu trafiłam z dziećmi na Vegan Food Festival. Chciałam się rozeznać, co i jak się jada, i czy się można tym nasycić. Zobaczyłam tłumy ludzi zajadających się jedzeniem wyglądającym całkiem podobnie do „normalnego”. Dzieci zażyczyły sobie naleśniki, ja zjadłam burgera ze środkiem marchewkowym (nie udawał mięsa, ale był niesamowity), a Tomkowi przywieźliśmy falafle.

I tym sposobem daliśmy sobie 3 tygodnie na roślinach. Nie używam słowa dieta, bo ma złe konotacje, przynajmniej w mojej głowie. Nie lubię być na diecie, lubię zmieniać sposób jedzenia.

Moje założenia były takie:

  1. Ma być smacznie, na bogato.
  2. Ma mi nie brakować smaku mięsa.
  3. Jak zacznę się wkurzać, że punkty 1 lub 2 nie są spełnione, to rzucam to w… bez żalu.
  4. Spadek wagi nie jest celem, sprawdzam, ale nie przejmuję się rezultatami, bo patrz punkt 1 i 2, i 3.

No i zadziały się cuda

Przez ten czas zjadłam całą masę przepysznych rzeczy. Większość przyrządziłam sama w domu i okazało się, że to nie jest bardziej czasochłonne niż to, co robiłam do tej pory. Są potrawy proste, szybkie, ale też bardziej skomplikowane — jak normalnie.
Poznałam zaskakujące połączenia smaków, na jakie w życiu bym nie wpadła. Bo kto normalny by połączył bób z truskawkami? Albo wcinał natkę rzodkiewki?
Odnalazłam w sobie dawną radość z gotowania i poznawania nowego. Cóż, trochę mnie rutyna zjadła. Bo dzieci, bo trzeba coś ugotować szybko, bo lubią to, a tego nie chcą. Teraz skupiłam się na nas. Dzieci dostawały to samo, ale im dodawałam osobno przyrządzone mięso i nabiał. To tylko jeden garnek więcej. No może śniadania się nam rozmnożyły, bo dzieci dalej najbardziej lubią owsiankę na mleku, a my musimy kombinować.

Polubiłam kaszę gryczaną. To już cud istny. Nie jadłam jej od jakichś dwudziestu lat. Nie licząc 3-dniowego pobytu w Grodnie na konferencji, gdzie kasza gryczana była królową każdego dania od śniadania po kolację. Okazało się po prostu, że można ją jeść pod innymi postaciami niż ugotowana i rozsypana na talerzu.

Najważniejsze obserwacje

  1. Przestałam dojadać po dzieciach. Najpierw było łatwo, bo na początku jadły jeszcze mocno po staremu. Teraz jedzą bardziej jak my, ale się pilnuję. Okazało się, że pochłaniałam potworne ilości w imię niemarnowania jedzenia. Moja porcja + prawie dwie pełne porcje dzieci. Nie patrzyłam, ile im nakładam, zawsze za dużo. Teraz zaczęłam się pilnować i dziwię się wciąż, kiedy nakładam te mikroporcje. I tak zostają, ale nie tyle.
  2. Po 3 tygodniach nie brakowało mi mięsa. Przedłużyliśmy eksperyment do 5 tygodni i wciąż nie brakowało, nie miałam ciągot, zrywów ani kryzysów. Jestem absolutnie zszokowana. Starałam się wybierać potrawy, które przypominają moje znajome mięsne jedzenie i mają w sobie dużo smaku umami. Bo myślę, że to o smak umami, a nie o samo mięso, tu się rozchodzi.
  3. Po 3 tygodniach rzuciłabym się na twaróg i zapiła jogurtem naturalnym. Dojadła serem pleśniowym. Zaczęłam rozważać wegetarianizm, to jest bez mięsa, ale nabiał i jajka owszem. Po kolejnym tygodniu nie miałam już nabiałowych zapędów.
  4. Rzadziej chodzę do dyskontów, częściej jestem w warzywniaku. Logistycznie bardzo mi to pasuje, bo nie muszę przechodzić z dziećmi przez ruchliwą ulicę. Zawsze to pół godziny szybciej na zakupach.

Skąd biorę przepisy

Na razie zaufałam Jadłonomii. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał tej nazwy, niech pędzi na stronę i coś na próbę dla siebie wybierze. Moim źródłem jest więc zarówno blog Marty, jak i obie jej książki.
Sporadycznie gotowałam według innych autorów, pewnie zgłębię jeszcze temat, ale na razie moje zaufanie zostaje przy Jadłonomii.

Co jadłam

Proszę, oto zestawienie najważniejszych dań, które jedliśmy w ciągu 5 tygodni.

  • Flaczki z boczniaka — dużo umami, struktura rzeczywiście przypomina tradycyjne flaczki, smak dorównuje.
  • Hot wingsy z boczniaka — bardzo dobre, dzieci o mało co się nabrały.
  • Smażona czerwona soczewica (książka I) — klasyka Jadłonomii, znam od ponad roku, przepyszna.
  • Zupa pomidorowa na herbacie  (książka II) — zupa z mojej passaty pomidorowej na bulionie i podlana mocną herbatą, bardzo smaczna.
    Pieczony kalafior z orzechami — o matulu, jakie to pyszne, a jakie kapary okazały się rewelacyjne, a ja przez całe życie (tzn. kilka lat, odkąd je jadłam na pizzy) myślałam, że są ohydne. Zrobiłam 2 dni pod rząd. Tylko proponuję zaopatrzyć się w łuskane orzechy, bo ich łupanie wydłuża czas przygotowania o godzinę.
  • Bolognese veganese (książka II) — wkład mięsny zastąpiony soczewicowym. Ser płatkami drożdżowymi. Wyszło bardzo smaczne, będzie częściej.
  • Ciecierzyca po bretońsku (książka II) — jeśli mamy już ugotowaną (noc moczenia + z godzina do półtorej gotowania) lub taką z puszki, to całe danie zajmuje 15 minut. Syci i smakuje.
  • Hummus z białej fasoli — temat past do chleba zdaje się niewyczerpany. Naprawdę można się obejść i objeść czymś innym niż baleron.
  • Pesto z liści rzodkiewki (książka I) — a w życiu bym nie wpadła na to, żeby z takich wiechci dla królika zrobić coś tak smacznego!

  • Pasztet z pieczarek i kaszy gryczanej — kilkakrotnie powtarzany, podsmakuje kaszanką, ułaskawia na moim podniebieniu kaszę gryczaną.
  • Chłodnik z kalafiora (książka II) — jedyny przepis, który nam nie podszedł. Chyba za dużo mięty dodałam. Ale go zagotowaliśmy i było pycha jako zupa krem.
  • Sałatka z bobu i truskawek — Tomek buntuje się przed takimi pomysłami (słodkie + ostre), ale dla mnie to było rewelacyjne! Takie świeże i zaskakujące.
  • Pieczona marchewka w sosie ze śliwek (książka I) — oryginalnie w sosie z granatu, ale czasem trzeba umieć coś czymś zastąpić. Zresztą bez sosu dzieci też wcinały.
  • Paprykarz z quinoa (książka II) — kolejna pasta do chleba, rozeszła się dość szybko. A quinoa jest obłędnie dobra!
  • Majonez wegański (książka II) — zło. Zło, zło, zło. Niezwykle mocny argument umami do podjęcia decyzji o pozostaniu na roślinach. Mimo że nie zgęstniał, był pyszny!
  • Ruskie pierogi wegańskie — zrobiły furorę wśród wszystkich pierogów na grupowym gotowaniu. Ach, zatęskniłam właśnie za nimi.
  • Idealne wegańskie brownie — domena Tomka, bo o ile ja jestem mięsna i love umami forever, to Tomek jest ciastowym mistrzem (i zjadaczem). A to ciasto daje radę, oj jak ono daje radę! I napawa nadzieją, że inne też dadzą radę.
  • Ciasteczka z ciecierzycy — to było na próbę, jeszcze zanim wszystko zaczęliśmy. Od razu rozwaliłam blender (700 W) i prąd w całym mieszkaniu. Ale wyszły dobre.

 

Epilog

Po 5 tygodniach wyjechaliśmy na wakacje kamperem. Jak to w wakacjach w podróży, z jedzeniem bywa różnie. Mimo że mieliśmy w planie pozostać przy swoim, to jednak oferta zajazdów, barów i kawiarni nas pokonała. Odpuściliśmy bez żalu. Dzięki temu mogłam się prawdopodobnie pożegnać ze spaloną na węgiel kiełbasą z ogniska, o której czasami nostalgicznie myślałam, bo na ognisku nie byłam od kilku dobrych lat.

Hej. Naprawdę bez żenady to piszę, bo jestem z siebie maksymalnie dumna. Zakładałam 3 ciężkie tygodnie, a bez większych wyrzeczeń wytrwałam 5 tygodni bez mięsa. Bądź jak Beyoncé!

Puenta

Puenta jest taka, że jedząc na bogato, pysznie, często tłusto, nie chodząc głodnym, nie odmawiając sobie niczego (poza produktami odzwierzęcymi) przez te 5 tygodni ubyło mnie 8,5 kg. Tadam. Czem prędzej wracam.

 

Wykorzystajcie końcówkę lata, kiedy jeszcze jest masa świeżych warzyw i owoców na swoją próbę.

6 komentarzy
  1. 09/08/2017
    • 09/08/2017
  2. 09/08/2017
    • 09/08/2017
  3. 10/08/2017
    • 10/08/2017

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *