Lekcja trójstopniowa Montessori a logopedia

Szliśmy alejkami marketu, obok stoiska owocowo-warzywnego. Natka się rozglądała i podpowiadała, co by przydało się kupić. Leon wtedy jeszcze milczący, w nosidle, pokazywał palcami te wszystkie banany, jabłka, cytryny, gruszki, marchewki i całą resztę. A ja automatycznie podążałam za nim i to wszystko nazywałam. Banan. Jabłko. Cytryna. Gruszka. Marchewka. I cała reszta. Po drugiej stronie skrzynek, w równoległej alejce, stała kobieta z córką w wózku sklepowym, w wieku — na oko — gdzieś pomiędzy moimi dziećmi. Robiła to samo co ja. Ale jednak inaczej. Pokazywała jabłko i mówiła: „powiedz «jabłko»”. Pokazywała śliwkę i mówiła „powiedz «śliwka»”. Intencje miałyśmy równie dobre, a czy sposób?

Zanim dowiedziałam się o lekcji trójstopniowej

Jako logopeda wtłukłam sobie do głowy i zawsze powtarzałam podczas terapii rodzicom, zwłaszcza kiedy chodziło o opóźnienia w rozwoju mowy, żeby pod żadnym pozorem nie mówili do swoich dzieci dwóch zwrotów:

— Powiedz…

— Powtórz…

Tak nam mówiły mądre głowy podczas studiów logopedycznych, tak wynikało z moich obserwacji i intuicji. Dzieci, zwłaszcza te z problemem z wystartowaniem mowy czynnej, po usłyszeniu tego typu próśb i żądań — jeszcze bardziej się w sobie zamykają.

Tak mi ten zakaz został w głowie, że kiedy zostałam mamą, a córka doszła do etapu nazywania, ja nie pomyślałam ani razu, by zwrócić się do niej słowami „powiedz” albo „powtórz”. I tak już mam, że najczęściej zapominam, że nie wszyscy ludzie już słyszeli o takich sprawach, więc za każdym, naprawdę za każdym razem odkrywałam w sobie zdumienie, kiedy docierało do moich uszu czyjeś „no powiedz «mama»”, „«kotek», powtórz, «kotek»” etc.

Czego uczy „powiedz” i „powtórz”?

Po pierwsze, oba te zwroty de facto są tożsame. W obu przypadkach chodzi o powtórzenie (mimo że jeden z nich sugeruje prośbę o nazwanie). Polecenia te nie sprawdzą więc ani nie pomogą w nauce i ćwiczeniu spontanicznego nazywania. Ma to znaczenie przede wszystkim w diagnostyce logopedycznej, a wtórnie — w terapii.

Ja jednak wychodzę z założenia, że metody stymulacji rozwoju opóźnionej mowy są świetne także dla dzieci — nazwijmy to, mieszczących się w tabelkach. Albo inaczej. Według mnie terapia opóźnionego rozwoju mowy powinna odwzorowywać idealne warunki normalnego, spontanicznego rozwoju mowy.

„Powiedz” i „powtórz” uczy naśladowania. Tak jest, to bardzo ważna umiejętność. Bez niej nic dalej nie ruszy. Dziecko musi naśladować: mimikę, głos, intonację, melodię, ruchy (zarówno te artykulacyjne, manualne, jak i z motoryki dużej) i inne. Co więcej, dzieci uwielbiają to robić i jeśli damy im chwilę, zrobią to spontanicznie (powtórzą spontanicznie!), wcale nieprzymuszane żadnym „powiedz”, „powtórz”. Neurony lustrzane już wystartowały. Dzieci więc powtórzą — w zakresie swoich umiejętności, oczywiście. A jeśli coś będzie za trudne — nie zobaczymy tego, ale one powtórzą: zakodują sobie sekwencję ruchów, których jeszcze nie potrafią wykonać, i powtórzą w swoim czasie.

Natomiast „powiedz” i „powtórz” NIE uczy spontanicznej mowy ani nazywania.

Zachęcam Was, rodzice, do ostrożnego i świadomego używania tych zwrotów.

Lekcja trójstopniowa według Montessori

Maria Montessori zaobserwowała i opisała sposób, w jaki dzieci przyswajają mowę, konkretniej — nazwy przedmiotów, pojęć, czynności, cech itd. Najczęściej spotkamy się z lekcją trójstopniową w dziale edukacji językowej, ale obecna jest także w innych — wszędzie tam, gdzie dziecko poznaje nowe rzeczy i pojęcia.

Według Montessori dziecko przyswaja nowe nazwy tak:

  1. Nazwanie (skojarzenie nazwy z przedmiotem). Na tym etapie dziecko tylko dowiaduje się, jak się dany przedmiot nazywa. Obowiązuje izolacja (o tym za chwilę).
  2. Rozpoznanie przedmiotu odpowiadającego nazwie. Dziecko wskazuje zadany przedmiot leżący wśród innych. Nie ma izolacji.
  3. Zapamiętanie nazwy odpowiadającej przedmiotowi. Dziecko samodzielnie nazywa przedmiot. Izolacja.

W praktyce wygląda to tak.

Nauczyciel (rodzic, opiekun) ma przygotowane 3 przedmioty (w późniejszym etapie — 3 zdjęcia lub realistyczne obrazki).

Etap 1. Nazwanie. Kładę jeden z przygotowanych przedmiotów przed dzieckiem. Nazywam go. Starsze dzieci szybko załapią, że oczekuję, żeby powtórzyły. Młodsze niekoniecznie. Nic na siłę. Zabieram przedmiot. Kładę następny i także go nazywam. Chowam i powtarzam z ostatnim. Dziecko widzi jeden przedmiot (obrazek) jednocześnie (izolacja).

 

 

Etap 2. Rozpoznanie. Rozkładam 3 przedmioty przed dzieckiem. W kilku seriach proszę o pokazanie tego, które właśnie nazwę.
— Gdzie jest jabłko? Pokaż banana. Który to pomidor? Podaj mi banana. Połóż tutaj pomidora. Weź do ręki i trzymaj jabłko.
Nie ma izolacji, bo dziecko musi widzieć wszystkie przedmioty. Logiczne.

 

 

Etap 3. Zapamiętanie nazwy. Czyli po mojemu: nazwanie. Kiedy mam pewność, że etap drugi jest opanowany, chowam przedmioty. Wyjmuję jeden i proszę o podanie nazwy.
— Co to jest?

 

 

Powtarzam z kolejnymi kilka rundek. Kończę lekcję trójstopniową.

Mogę za kilka dni weryfikować, czy dziecko dalej pamięta, ale prawdopodobnie trzeba się będzie zająć następnymi sprawami.

Jeśli dziecko ma kłopot na którymś etapie lekcji trójstopniowej, wówczas cofamy się o jeden krok. Z etapu drugiego do pierwszego, a z trzeciego do drugiego (nie na sam początek).

Montessori a logopedia

Maria Montessori tego nie wymyśliła. Lekcja trójstopniowa, jak i cała jej pedagogiczna koncepcja, opiera się na obserwacji dziecka. Montessori to najpierw zobaczyła — jak spontanicznie uczą się dzieci mowy. I dopiero do tej obserwacji i swoich wniosków spisała a) teorię, b) wymyśliła specjalne materiały ułatwiające i pogłębiające ten proces.

I tu właśnie dopada mnie błysk. Łączę wiedzę i praktykę logopedyczną z wiedzą i praktyką Marii Montessori. Idę od szczegółu do ogółu. Tak właśnie naprawdę uczą się dzieci mowy. Kiedy 138 razy powtórzymy im nazwę wskazanego przedmiotu (w przypadku mojego Leona: 138 razy pod rząd za jednym zamachem i na jednym wydechu). Kiedy 325 razy zapytamy „gdzie jest koń?”. I kiedy usłyszymy pierwszy raz odpowiedź na nasze „co to jest?”. Założę się, że wszyscy tak robimy, tylko nie wszyscy sobie to uświadamiamy. Nauka to nauka, trzeba dziecku kazać powiedzieć, to się nauczy. A tak naprawdę, pomiędzy tymi „formalnymi aktami nauki słów”, uczymy nasze dzieci w każdej minucie, lekcją trójstopniową nieuświadomioną, właśnie.

Rozgrzeszenie i eksperyment na własnym dziecku

Żeby nastała jasność. „Powiedz”, „powtórz” to nie są zaklęcia czarnej magii. Nie ma tortur za ich stosowanie. Jest za to pytanie o zasadność używania, skoro wiemy, że dziecko uczy się nazywania rzeczy w inny sposób, oraz że nazywanie a powtarzanie to całkiem inne umiejętności, sprawności i obszary mózgu.

Dla Was, kochani, dla Was wykonałam eksperyment na moim własnym dziecku (numer 2), które jest na etapie nauki mówienia, na każdym poziomie lekcji trójstopniowej, choć najbardziej na pierwszym. Na większość przedmiotów i zjawisk ma swoje własne określenia, to jest sylaby. Pojedyncze, podwójne, otwarte zazwyczaj. Na samolot mówi [tuuu], a jest to jedyne w swoim rodzaju [tuuu] i nie ma mowy o pomyłce, że chodzi o coś innego. Mieszkamy pod ścieżką lądowania wrocławskich samolotów, na samolotach zbudowaliśmy wspólne pole uwagi i pokazywanie palcem, więc jest to bardzo, ale to bardzo ważny element naszego życia. W ramach eksperymentu ten jeden raz przełamałam się w sobie, a łatwo nie było (i nie jest to sarkazm) i powiedziałam dziś do syna mojego:

— Powiedz „samolot”.
— [tuuu].

Powiedział? Powtórzył? Nazwał? Zaliczył?

A Was satysfakcjonowałaby taka odpowiedź Waszego dziecka?

2 komentarze
  1. 07/08/2017
  2. 07/08/2017

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *