Przeproś chłopca

Muszę na początku się zwierzyć i przyznać, że nie opieram się pokusie, żeby na placu zabaw nie poddawać wstępnym, szybkim — i z tego tytułu często na pewno krzywdzącym ocenom innych rodziców (opiekunów). Jak ktoś umie to wyłączyć, to chapeau bas. Jak zabrnę za daleko, to ganię się w myślach, że i mnie pewnie można wyrwać z kontekstu, dorobić łatkę i wezwać mops.

Sprawy nie ułatwia fakt, że jestem typem, co nie umie tak po prostu plotkować o dupie marynie z nieznajomymi. Jak kogoś bliżej poznam i nawiążę jakąś relację, to proszę bardzo, gadamy o niczym do samej dziewiętnastej. Ale na placach rzadko jestem w takim bliższym gronie. Z tego też względu zapobiegawczo siadam sobie zazwyczaj naprzeciwko i zerkam. To na moje dzieci, to na obce towarzystwo. Po prostu cenię sobie bardziej obserwację.

 

 

I tak wczoraj było. Jakaś przepychanka, nie wiadomo komu kto co — i płacz. Widzę, że z chłopcem idzie kobieta w bluzce w paski, idą w kierunku jego mamy. Mama się podnosi, cożeś Oliwierku uczynił. Kopnął w buzię moją Tosię, pada odpowiedź z ust kobiety w paski. Mama bierze Oliwierka za bark i prowadzi do zalanej łzami Tosi. Natychmiast przeproś dziewczynkę.

Sytuacja, jakich wiele, przyznacie. Dziecko uderzyło, drugie się rozpłakało. Dorośli nie wnikają w szczegóły, ale zarządzają przeprosiny, normalne prawda?

Kobieta w bluzce w paski stoi z zapłakaną Tosią, wysuwa ją przed siebie i nie zważając na jej zakłopotanie i minę pod tytułem „chcę się schować i płakać” — dumnie czeka, aż Oliwierek wykaże skruchę. Oliwierek po kilkukrotnych zapewnieniach mamy, że jeśli nie przeprosi, to ona zabierze mu telefon, a on nie zje lodów i do końca tygodnia nie obejrzy bajek — mamrocze w końcu, że przeprasza. Na odchodnym rzuca jeszcze, że i tak będzie kopał. Ale przeprosił.

Dalej normalne, prawda? To tylko wstęp do zupełnie nowej historii, w której bohaterem mimo woli będzie mój syn. I kobieta w bluzce w paski, która tak lubi fałszywe, ale jednak przeprosiny.

Kilka chwil po przeprosinach Oliwierka kilkoro dzieci znalazło sobie nową zabawę w zrywanie z krzaczków kulek. Jakieś placki mieli z nich w piaskownicy piec. Wzrok mi się trochę wyostrzył i uwaga skoncentrowała, no bo jednak nieznane kulki w rękach dzieci lepiej kontrolować. Natka wie, co znaczy jeść na niby, a Leon — no niby też. W każdym razie uważniej wodziłam za nimi wzrokiem. Pani w bluzce w paski natomiast podeszła do samego murka, za którym krzaczki te rosły. Murek sięga za kolana dorosłego i co jak co, moim dzieciom jego pokonanie problemów nie sprawia.

Pani w paski kilkukrotnie wyraziła ubolewanie na taką zabawę. Ubolewanie kierowała do dwojga swoich podopiecznych (jest ich nianią). Upominała, że to niedobra zabawa, że mają wyjść, przestać zbierać kulki, one są trujące i lepiej iść się pohuśtać. Argumenty waliły jak groch o ścianę i ani Tosia (ta sprzed chwili zapłakana), ani jej starszy brat, ani tym bardziej żadne inne dziecko nie zamierzało zaprzestać zbiorów, no bo z czego upiec potem placki.

 

 

Wtem. Mój wzrok widzi, a nie ogarnia. Baba w bluzce w paski schyla się do stojącego po drugiej niż ona stronie murku mojego syna. Bierze go pod pachy i wystawia na zewnątrz. Mówiąc: „O nie, ty jesteś za mały, żeby tu być”.

Mnie wmurowało, Leona wmurowało. Jego na krócej, bo się rozwył na całe podwórko. Biegnę i krzyczę do baby, po co go rusza, no po co go rusza?! Wszyscy patrzą, no jednak smarkata (w tej roli ja) krzyczy na dojrzałą poważną kobietę (w tej roli baba w paski). Ona mu tylko chciała pomóc. W głowie mi się nie mieści, biorę ryczącego synka i idziemy przytulać się na ławkę. Leon przechodzi do spokojnego szlochania, baba siada na ławce obok koleżanki i widzę, widzę, jak ona nie rozumie, o co mam pretensje.

Przecież to normalne, że można sobie brać obce dzieci i ustawiać po kątach, zwłaszcza jeśli własne wykazują daleko idące lekceważenie. Można sobie dowolne dzieci dotykać, głaskać, brać za rękę i czochrać po głowie. Przecież wszystkie dzieci nasze są.

 

 

Nie, babo. Nie masz prawa dotykać mojego dziecka bez mojej lub jego zgody, gdy nie zachodzi bezpośrednie zagrożenie życia. Ciebie nikt nie trąca, nie przestawia, nie łapie za włosy, ubranie ani torebkę. Masz swoją nietykalność osobistą i ja ją szanuję. Masz ją od urodzenia. To znaczy, że przez całe dzieciństwo też ją miałaś, jako i moje dzieci i wszystkie inne dzieci też ją JUŻ mają.

A teraz stań i przeproś chłopca. Bo zapomniałaś.

 

 


Na marginesie, a jednak przy okazji, dopowiem, że nie znoszę wymuszonych przeprosin. Uważam, że to żenujące. Zarówno dla dziecka, które ma przeprosić, mimo że nie czuje skruchy (bo jest za małe, bo nie wie o co chodzi, albo bo nie), jak i dla dziecka, które ma wyprostowane oczekiwać fałszywych przeprosin, które wymyślili sobie dorośli.

Powracam do moich praktyk w przedszkolu montessoriańskim (Co widziałam w przedszkolu Montessori), gdzie nauczycielki komunikują się z dziećmi według metody Gordona. Na polu samodzielnego dogadania się dzieci zostaje dużo swobody. Wielokrotnie słyszałam, jak nauczycielka pomagała się dogadać pokłóconym dzieciom i pytała poszkodowanego np.:

— Czego potrzebujesz od Michała?
— Żeby mnie przeprosił!

I wtedy do akcji wkraczał Michał. Przepraszał i lecieli się bawić razem. Albo mówił, że nie przeprosi — i były ciche dni. I już. Nic strasznego.

Nade wszystko jednak naukę przepraszania zacząć trzeba od siebie.

1 komentarz
  1. 30/08/2017

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *