Reasumując 2018

Nie był to może najbardziej przełomowy rok w moim życiu, ale miało miejsce kilka ważnych wydarzeń, które zasługują na niezapomnienie.

Styczeń to ślub.
Tak, mój i tak, nadal mówię, że nie był to najbardziej przełomowy rok życia. Ślub to konsekwencja najbardziej przełomowego roku życia. Zorganizowany na spokojnie, bez bieganiny (nadmiernej), bez nerwów.
Za świetny wieczór panieński niespodziankę dziękuję naszym świadkowym i najlepszej z cioć moich dzieci. Za nieoskubane brwi i nieumalowane paznokcie też im dziękuję, bo wróciłam chyba o drugiej w nocy i zapomniałam. Sąsiadce za makijaż i fryzurę (kompletnie inną niż ta próbna).
Mężowi (wówczas przyszłemu jeszcze) za to, że ze spokojem informował o 12:15 (nasz deadline do wyjścia z domu), że właśnie wyjeżdża. Z centrum do domu. Niewykąpany, nieubrany, nieogolony. Za ten timing.
Paniom z Placu Solnego, że zapomniały zrobić mi bukiet i innym, że go zrobiły jakimś cudem na cito. I paniom od muzyki, że nie zwątpiły, że się pojawimy na ostatnią chwilę.
Restauracji za to, że nie musieliśmy niczym się martwić i że to nie problem, jeśli o 21:00 dnia poprzedniego doliczam się jednego gościa więcej.

Luty to początek naszej grupy dla rodziców siedzących z dziećmi w domu. Ironia taka. Napiszę więcej osobno. Uratowaliśmy się psychicznie.

Marzec to odliczanie do wiosny, pierwsze wyniesienie suszarki na balkon, koniec smogu.

Kwiecień był dla marzeń dziecięcych. Wybrałam się na koncert Kelly Family. Aaa, bo to były moje marzenia dziecięce. Dzięki Zu!

Maj to plenery, upały, radość. Szukam miejsca na Ziemi, gdzie cały rok jest maj.
To także ten czas, kiedy po raz pierwszy wyjęłam na placu zabaw książkę i ciurkiem przeczytałam kilka stron.

W czerwcu pozbyliśmy się samochodu. Na czas letni przerzuciliśmy się na rowery i przyczepkę dla dzieci. Tak zostało do końca września, a od jesieni jeździmy komunikacją miejską i dobrze nam z tym.

Lipiec był zabiegany, bardzo dosłownie. Dużo spraw urzędowych i walka z czasem o pieczątkę przed końcem dnia.
To też czas pewnej ważnej rozmowy, z założenia kwalifikacyjnej, a de facto otwierającej oczy na to, co dalej. TAM, hen, za marzeniami.
W lipcu było też piękne zaćmienie Księżyca. Tak na zdjęciach mi się wydawało, nie wiem, bo mi się dzieci znudziły i musieliśmy wracać.

Sierpień do bólu w plenerze, rowerze, parku, do późna, od rana, w domu ledwie co.

Wrzesień rozpoczął się z przytupem jeden zero dla mnie, bo odważyłam się wysłać resztę na wczasy bez siebie. 5 dni bez nikogo. Co robiłam? Różne rzeczy. Byłam na filmie wojennym, na który nigdy bym nie poszła z własnego pomysłu. Byłam na Ślęży, na której nigdy nie byłam, a od wielu lat chciałam. Spędziłam pół dnia w czystym mieszkaniu. A jednak najbardziej uderzyło mnie to, że rano od otworzenia oczu i podjęcia decyzji o planach do wyjścia z domu mijało około 5 minut. To było najlepsze doświadczenie, to wtedy byłam panią swojego czasu.
Niepostrzeżenie skończyliśmy mleczną drogę.

Październik to jesień. Kiedyś ukochana, piękna, złota i kolorowa. Czasem szara i melancholijna. A od kilku lat zakichana, depresyjna i z wieczną walką o ubieranie. Siłą rzeczy więcej czasu siedzieliśmy w domu i po raz pierwszy czułam, że trochę tego potrzebowałam. Lato było tego roku wyjątkowo długie, ciepłe i suche (wdzięczność x100), ale ta bieganina i plenery po 8–10 godzin (wiadomo, że dalej niż na osiedlu) były wyczerpujące na dłuższą metę. Po prostu odsapnęłam.
Tymczasem dzieci świetnie się odnalazły w domu. W ruch poszły stare zabawki, kredki. Leon nauczył się układać tory tak, żeby się domykały. Natka złapała kredkę prawidłowym chwytem i wpadła w szał malowania. Ja piłam ciepłą kawę. Trochę mi zajęło zorientowanie się, że to chyba tak już będzie. Że się trochę odklejają ode mnie. Jeszcze nie wiem, jak to zagospodarować.
Ach. Najważniejsze. Dzieci się wyprowadziły z naszego pokoju/łóżka. Pierwszą noc spałam jak zabita. Tzn. jak mąż.

Listopad. Kontynuacja siedzenia w domu. W szafie wiszą stroje na deszcz i pluchę i nie ma potrzeby ich zakładać. Na dworze sucho, więc niepotrzebne. A poza tym dobrze nam. Leon punkt o 7:30 budzi się lub czeka na budzik taty, by oznajmić „No, doczekałem do rana. Mogę już budować tory”.
Intensywność i uwielbienie dla słuchania audiobooków przez moje dzieci jest wprost proporcjonalna do temperatury mojej kawy,

Grudzień to intensywne wahania co do decyzji z lipca. Ale jest. Jest. Wkrótce będzie nowe, pochwalę się, dam znać i zaproszę. To też decyzja, że logomatka zostaje. Idziemy razem w 2109. Zapraszam i tradycyjnie: oby stary nie był gorszy od nowego. Czy coś.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.