Najważniejsza kreatywna rzecz, jakiej nauczyłam dzieci

Powiem otwarcie: ja i kreatywność to dwa przeciwległe bieguny. Po prostu nie umiem grać w „coś z niczego”. Kiedy patrzę na piasek, widzę babki z foremek. Kiedy mam przed sobą kredki to rysuję, a nie roztapiam i przetwarzam na kolorowe świeczki. Gdy inni ze sznurka i patyczków robią cuda i makramy, ja mogę nauczyć wiązać kokardki. Ja po prostu nie widzę tych możliwości.

Z wypiekami na twarzy za to spoglądam na co jakiś czas atakujące mnie filmiki w stylu „5-minutowe porady czy inne tricki”. A to szafka na buty ze starej lodówki, a to składane biurko z ramy po lustrze. Ciapajki dla dzieci, pomysły na wykorzystanie pudełek, folii, eksperymenty, cuda na kiju. Patrzę na to oczarowana, by po chwili nic nie pamiętać.
Trochę zajęło mi zaakceptowanie faktu, że moje flow jest gdzie indziej niż wymyślanie.

A nawet przyjmując, że coś zapamiętałam i postanowiłam odtworzyć z dziećmi, to moment przekucia myśli w czyn jest bolesnym doświadczeniem dwuleworęczności. Nie tak coś się wytnie, nie w tę stronę doklei, krzywo, za ciemne, za jasne, zawsze coś nie gra. Zwykle olewam i brnę dalej, ale szybko się zniechęcamy wszyscy. Żałujcie, że zdjęć naszych bibułowych kwiatków nigdzie nie mam. I teraz, kiedy mamy już jasność, że z kreatywnymi zabawami i wymyślaniem jest mi nie po drodze, opowiem, jakiej jednej kreatywnej rzeczy nauczyłam moje dzieci tej jesieni.

Tak jak pisałam w poście podsumowującym rok 2018, nadejście jesieni powitałam z zaskakującą ulgą. Uważam, że pobiłam rekord, bo pierwsze irytacje z powodu „aresztu” domowego nadeszły w połowie stycznia, a nie — jak rok wcześniej — pierwszego kurtkowego dnia.
Co więc robiły moje dzieci w tym czasie?

(Dla przypomnienia tylko: w tym momencie Natka ma 4 lata 9 miesięcy, Leon 3 lata 6 miesięcy i nie chodzą do przedszkola.)

Nudziły się. Tak, nudziły się. Kiedy ja się zawzięłam i postanowiłam trochę chociaż odgruzować mieszkanie, choćby u nogi mej wisiały, to one… zostawały w swoim pokoju i znajdowały sobie zajęcie. Nieważne jakie. Nieważne, że Leon dzień w dzień w dzień w dzień budował drewniane tory dla swoich ukochanych pociągów. Nieważne, że Natka na zmianę budowała historie i niesamowite przygody (lub całkiem zwykłą codzienność) swoim ludkom w domku dla lalek (lalki są dwie, reszta mieszkańców jest dość… nielalkowa) albo zatapiała się w kolorowanki (te takie odstresowujące, z miliardem szczegółów). Nieważne, nieważne. Istotne jest to, że robili to sami, bez proszenia o pomoc, o „mamo, wymyśl coś”, „mamo, nudzi mi się”, „mamo, co mam robić”. Dla mnie to było zbawienie, ciepła kawa, czas.

Nie mamy w domu telewizora, nie daję komórki do zabawy, nie znają gier ani innych interaktywnych zabaw na tablecie. Bajki oglądają właściwie tylko podczas nebulizacji i podczas sobotniego rodzinnego wieczoru filmowego. Puszczam im za to mnóstwo audiobooków. Lecą albo w tle do innych aktywności, albo dzieciaki przysiadają gdzieś i słuchają w skupieniu, często wertując odpowiadające im książki. Potem chodzą i cytują, cytują, cytują. Nadal oczywiście im czytam. Wieczorem zawsze, w dzień do kilku razy.

Co moim dzieciom pomogło dobrze wykorzystać nudę? Na pewno to, że na jesień właśnie dostały swój pokój. Losy naszego dwupokojowego mieszkania były dość burzliwe w ostatnich latach, ciągle ktoś się gdzieś przenosił. Ostatecznie wygląda to tak, że mają swój mały pokój, swoją oazę, arenę, sypialnię, bawialnię i pracownię dla siebie. Tu zasypiają, tu (czasem) się budzą. Tu przez cały dzień może panować rozgardiasz, tory na podłodze mogą przeplatać się z długopisami, zwierzątkami i koralikami. Helikopter z Lego może przewozić nosorożce po całym domu, metalowe kulki są ważnym ładunkiem wagonów towarowych. Pluszaki mozolnie zbierają kurz, a książki są zawsze pod ręką. Za to wieczorem wszystko wraca na swoje miejsce (to akurat pod moje dyktando). Po co? Po to, żeby rano można było obmyślać nowe strategie. Po to, żeby syn mnie budził słowami „nooo, doczekałem do rana, mogę budować tory”. Po to, żeby znowu wykorzystać nudę, o której nawet nie wiedzą. I oczywiście po to, żeby podczas nocnych wędrówek nikt się nie zabił.

Jestem oczarowana ideą wolnych dzikich dzieci, którym dorośli nie narzucają przesadnie form aktywności. Właśnie czytam drugi raz pod rząd z Natalką Dzieci z Bullerbyn. To przecież właśnie one są symbolem dobrego wykorzystania wolnego dziecięcego czasu.
Dobrze nam z tym. Tak nam dobrze, że naprawdę ciężko się zebrać, żeby gdzieś wyjść. Ale wychodzimy — regularnie. Chociaż od „dzieciaki, zbieramy się” do faktycznego wyjścia mija czasem półtorej godziny. I tu powoli wkrada mi się tęsknota za wiosną. Wieczną, oczywiście.

Nie jest to post o tym, jakie ekstra mam dzieciaki. Raczej o tym, że cieszę się, że znalazłam w sobie po pierwsze miejsce na to, żeby nie gonić za króliczkiem, bo inne dzieci potrafią już pisać/czytać/obsługiwać tablety/lepić/liczyć/mówić w trzech językach etc. A po drugie cieszę się, że zaczynam stanowić odrębność od tych małych człowieków i zaczynam wierzyć, że oni naprawdę będą kiedyś sami jeździli autobusem, prowadząc głębokie rozmowy z kolegami o innych rzeczach niż mama, jedzenie, siku, pociągi, kręcące się sukienki, pociągi, jedzenie, pociągi, pociągi… tak to to, tak to to, tak to to…

To wyszło bardzo przypadkiem. Niechcący też wyszła na jaw inna prawda – ot, żeby nie było za słodko. Skończył mi się bowiem argument, że bałagan w domu jest efektem nieodczepialności dzieci. Okazało się, i tu się pochylam w pokorze, że jestem zwyczajnie leniwa!

2 komentarze
  1. 16/02/2019
    • 18/02/2019

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.