O mój rozmarynie — czyli jak nie planować życia za dzieci

O mój rozmarynie, rozwijaj się,
O mój rozmarynie, rozwijaj się…

Zanuciłam sobie kilka dni temu wieczorem w oczekiwaniu, aż Leon przeturla się po łóżku, rozwijając się z ręcznika po kąpieli. Na sekundę wróciły wspomnienia z podstawówki, które zaraz musiałam opowiedzieć Natalce, bo dziwiła się, że po pierwsze w ogóle coś śpiewam na głos, a po drugie, że dziwne jakieś.

Opowiedziałam więc nie to, że to piosenka żołnierska, że legiony, wojny etc. Tylko to, że w podstawówce przez kilka tygodni podchodziłam do zaśpiewania jej w duecie na lekcji muzyki przed resztą klasy. To naprawdę nie było nic szczególnego, przez 5 lat edukacji muzycznej śpiewałam wiele różnych piosenek, grałam na plastikowym flecie z papierniczego — robiliśmy to wszyscy, bo tak trzeba było. Ale przy tym rozmarynie za każdym razem dopadała nas (Gosiu, pamiętasz?) głupawka tak wielka, że schodziłyśmy ze sceny pokonane, a pan od muzyki nie odpuszczał i przedstawienie odnawiało się co tydzień. W końcuśmy zaśpiewały, na piątki. 

Opowiadałam to Natalce w nadziei, że spojrzy nieco krytycznie na system szkolny. I taki dialog mniej więcej był:

— No to dlaczego po prostu nie powiedziałaś, że nie chcesz tego śpiewać?

[Tak, masz rację, córeczko! Tego właśnie uczę Ciebie, żebyś TO mówiła. Dzisiaj bym też powiedziała, usiadła i przyjęła gałę do dziennika, no ale wtedy nie.]

— Dlatego że wiedziałam, że jak nie zaśpiewam, to dostanę najgorszą ocenę, a tego nie chciałam. 
— Aha.

[Tu dodałam trochę o tych ocenach, bo temat zupełnie nowy w głowie pięciolatki.]

— A co ty byś zrobiła, gdyby ktoś ci kazał w szkole śpiewać przed całą klasą, a ty byś się wstydziła, ale nie chciała też dostać tej złej oceny?
— No to bym zaśpiewała.

No i tak to jest, moi drodzy. Ona by zaśpiewała. Ona ma w głowie piękną wizję szkoły, miejsca idealnego, miejsca, w którym “uczy się tych wszystkich rzeczy” (jej słowa), miejsca spotkań z koleżankami, miejsca samodzielności, chwil bez rodziców, czasu dla przyjaciółek, sekretów. Ona jeszcze nie wie, że wszystko ma dwie strony medalu. Ona by zaśpiewała, byle tylko chodzić już do szkoły. Ona w wieku trzech lat samodzielnie odkryła, że pięć palców jednej ręki i dwa palce drugiej ręki to akurat tyle, ile trzeba mieć lat, żeby iść do szkoły.

Ja natomiast miałam w głowie pięknie poukładany wpis o edukacji domowej, na którą jestem gotowa (choć organizacyjnie jeszcze nie). Miałam wizje wolności czasowej, terytorialnej i mentalnej. Snuliśmy plany podróży, bez oglądania się na kalendarz szkolny. Tak, wymarzyliśmy sobie edukację domową dla naszych dzieci.

A tymczasem moja pięciolatka postanowiła, że pójdzie do przedszkola.

Po prostu: nagle przyszła zapłakana do kuchni i ze szlochem, pretensją i brakiem nadziei wyrzuciła, że ona chce chodzić do przedszkola. Że nie doczeka swoich siedmiu lat, kiedy TRZEBA iść do szkoły (się skądś dowiedziała) ani nawet sześciu lat nie doczeka, kiedy TRZEBA iść do zerówki (znów: skądś się dowiedziała), tylko teraz!!!

Pomyślałam: OK. Za chwilę startuje rekrutacja uzupełniająca do przedszkoli miejskich. Jak się jakimś fartem dostaniesz, to pójdziesz, jak nie no to trudno, poczekamy. Szloch minął, łzy wysychały, nadzieja zagościła w oczach, zgodziła się.

Wybrałam 3 przedszkola, w których były miejsca i do których dojazd nie zabije nas do reszty. Nie montessoriańskie (we Wrocławiu zdaje się nie funkcjonują w systemie miejskim), nie żadne na wypasie. Szczerze mówiąc wybór padł na podstawie dość osobliwego kryterium: bo nasz 7-letni sąsiad wspomniał niedawno, że chodził do tego przedszkola (ma trudną nazwę, ale dzięki temu zapamiętałam), a ja pomyślałam, że skoro rodzice posyłają go do szkoły prywatnej, to istnieje szansa, że wcześniej przedszkole jakoś zweryfikowali. Naprawdę, żadnych innych sprawdzań nie było. 

Dostała się. Choć punktów nazbieraliśmy mało, to okazało się, że nie ma wielu pięciolatków chętnych na rozpoczęcie przedszkolnej przygody. Właściwie zgłosiłyśmy się tylko my.

Na dodatek Leon do końca twierdził, że nie ma zamiaru chodzić do przedszkola (co pokrywa się z moją oceną jego gotowości do tego), aż na godzinę przed zamknięciem rekrutacji nie zobaczył przez okno przedszkolnych zabawek. Wtedy oto olśniło go, że on też chce tu chodzić, żeby się tym wszystkim bawić. Tak, po to właśnie.

Po miesiącu pani z sekretariatu dała nam znać, że zwolniło się miejsce dla czterolatka. 

Tym sposobem zostaję od września sama.

I to dobrze. Kiedy myślę o tym, mam milion rozbieżnych myśli.

  • A mogłaś się postarać i dać ich do montessoriańskiego przedszkola.
  • A widzisz, nudzą się z tobą w domu.
  • A teraz zajmę się nareszcie dorosłymi rzeczami (czytaj: pracą zawodową).
  • A co z naszą edukacją domową.
  • System ich zniszczy.
  • Oby się zniechęcili, zanim system ich zniszczy.
  • A co tam są za nauczycielki? Jak się komunikują?
  • A jak będzie im tam źle, to powiedzą, czy przetrawią sami, bo wygra pragnienie chodzenia do placówki?
  • Jak my to, kurka molek, ogarniemy? Co z naszymi leniwymi porankami?

Z tymi mniej więcej rozterkami kończę wakacje, być może ostatnie takie. Nie nastawiam się na nic, otwieram na wszystkie możliwości. Jestem sobie samej bardzo wdzięczna za to, że znalazłam tę przestrzeń do podążania za nimi, zamiast cisnąć swoją wizję. Co będzie, to się okaże. Tymczasem skoro oni tak, to ja przez ten rok zamierzam popracować nad swoją zapomnianą wersją: Magdą zawodową.

Pomysł mam od dawna w głowie i w sercu. Od pół roku wisi w sieci i wciąż brakowało tej iskierki zapłonowej — którą dały mi teraz dzieci.

Moi drodzy, stworzę dla Was nowe miejsce, w którym połączę dwie moje zawodowe pasje: logopedię i metodę Montessori. Przygotuję pomoce do aktywności domowych i terapeutycznych, podzielę się wiedzą, pokażę, co się sprawdza. Przeprowadzę przez proces tworzenia ciekawych materiałów i podpowiem, jak z nimi pracować. Wszystko będzie się kręciło wokół tych dwóch tematów: logopedii i edukacji językowej według Marii Montessori. Czasem zapewne odbędziemy wędrówki ku pokrewnym sprawom. W tym, mam przeogromną nadzieję, pomożecie mi Wy.

Logomatka zostaje, tu będzie nieco prywatniej. Zapraszam Was jednocześnie do mojego nowego miejsca i wierzę, że pomożecie mi je stworzyć i uszyć na miarę Waszych potrzeb. Zapraszam Was, choć to jeszcze jest niedoskonałe, bez fajerwerków, ufając, że z czasem i z dobrym feedbackiem od Was wszystko mi się wyklaruje. Zapraszam Was na http://ruchomyalfabet.pl już teraz, bo przecież — jak mówi Ola Budzyńska — zrobione jest lepsze od doskonałego. 

Widzę same korzyści. Wy pomożecie rozwinąć się mnie (będąc ze mną), ja pomogę rozwinąć Wam repertuar aktywności dla Waszych dzieci (rodzonych i w terapii), moje dzieci będą rozwijać się społecznie w placówkach. 

Postscriptum

Dla szerszego obrazu sytuacji moich wspomnień z muzyki w podstawówce. Przez dwa ostatnie lata szkoły chodziłam na zajęcia dodatkowe (nazwane szkolnym chórem), prowadzone przez tego samego nauczyciela — i naprawdę je uwielbiałam. Polegały one na śpiewaniu piosenek Beatlesów, w większości przetłumaczonych (minus, no bo to jednak ma brzmieć angielsko; plus, bo czułam, o czym śpiewam). To było moje pierwsze zetknięcie z dobrą muzyką, po długiej erze Kelly Family i jakiegoś dyskotekowego przypadkowego chłamu połowy lat dziewięćdziesiątych. Z ogromnym rozrzewnieniem o nich kilka dni temu myślałam, kiedy oglądałam w kinie film Yesterday. Tak się łączy historia rozmarynu i Beatlesów.

4 komentarze
  1. 26/08/2019
    • 26/08/2019
    • 27/08/2019
  2. 28/08/2019

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.