Czy przedszkole to była dobra decyzja?

Zdaję sobie sprawę z tego, że dwa tygodnie nie są żadnym pokaźnym okresem do podsumowania w kwestii przedszkola. Tym niemniej zapiszę dzisiejsze spojrzenie, żeby do niego wrócić za kilka tygodni, za kilka miesięcy lub kiedy coś nagle się wywróci do góry nogami — żeby porównać.

Poszli. Na własne żądanie poszli do przedszkola [pisałam o tym TUTAJ]. Do publicznego, którego nie zdążyłam sprawdzić, bo trwała krótka rekrutacja uzupełniająca. Zerknęłam jedynie na opublikowany jadłospis, uznałam, że jest całkiem ciekawy — i tyle.

Wątpliwości do rozwiania

Poranki

Moje największe obawy dotyczyły poranków. Do tej pory zaczynaliśmy dzień dość, powiedzmy to szczerze, leniwie. Dzieci się budziły i przychodziły obudzić nas, bo my z Tomkiem urzędowaliśmy do późnych godzin nocnych, żeby trochę nadrobić życia. Potem następowało długie wybieranie śniadania i jego przygotowanie. A naleśniki, a placuszki, a taka kaszka, a budyń, najrzadziej kanapki. Potem trzeba było się pobawić i ewentualnie ubrać, żeby gdzieś wyjść. Rozwlekało się nam to strasznie. Mimo to ceniłam sobie to nasze nicniemuszenie, slow-life, bez wyścigów, bez odgórnych ustaleń. Bardzo się obawiałam, jak to będzie, jak my damy radę szybko i na czas się zebrać, żeby na ósmą dojechać do przedszkola.

Tymczasem pierwszego dnia dzieci z tych emocji wstały same, zanim poszłam je obudzić. Do tej pory ani razu nie miałam z tym problemu. Czasem budzą się przed moją pobudką, czasem idę je delikatnie posmyrać i zaraz są gotowe na szybkie śniadanie. Szybka kaszka, szybkie kanapki, czasem ten budyń nawet da się ogarnąć (budyń jest jaglany i gotuje się go pół godziny). Za półtorej godziny i tak zjedzą duże śniadanie w przedszkolu. Jedzą i idą się ubrać w przygotowane samodzielnie poprzedniego wieczora ubranie. Czasem pomagam (czytaj: jestem obok, bo wtedy podobno lepiej im idzie), czasem zajmuję się sobą. Potem myją bez marudzenia zęby i już są gotowi do wyjścia.

Czasem rzeczywiście muszę przypominać o nieprzeciąganiu, ale nie ma problemu. Wiedzą, że musimy zdążyć, bo przed śniadaniem przedszkole jest zamykane i nie wejdziemy. Ale naprawdę poranki są bardzo przyjemne, bez nerwówki, której się bałam, i zawsze zdążamy.

Prawdę mówiąc, wróg uderzył tam, gdzie się go nie spodziewałam, bo problematyczne stały się wieczory. Najpierw trzeba znieść lament, że nieodwołalnie o 19 zabieram towarzystwo do domu (a starsi koledzy jeszcze zostają). Potem nowość, czyli szybka kąpiel przed kolacją (do tej pory była nieszybka i po kolacji), kolacja, szykowanie ubrań na rano (kolejna nowość), piżamki, mycie zębów, czytanie i spać. Z trzech godzin skompresowaliśmy się do półtorej. Każdego dnia jest łatwiej, bo wczesne wstawanie i atrakcje przedszkolne na tyle ich przeciążają, że sami czują, że są już mocno zmęczeni.

Jedzenie

Jedzenie w przedszkolu to temat rzeka. Od jadłospisu, przez atmosferę przy stolikach, po kwestie zmuszania do jedzenia. Nie wiedziałam, jak trafimy. Jadłospis dalej mi się podoba. Szczerze mówiąc sama bym się podłączyła pod ten katering.

Śniadanie to kanapki, każdego dnia z czymś innym, zawsze do tego jakieś warzywo. Często dodatkowo są kaszki, owsianki z owocami i inne bajery. Na drugie śniadanie dostają sezonowy owoc. Potem zupa, którą, według deklaracji własnych, zawsze zjadają do końca, bo jest pyszna. Na drugie dania są pulpety, ryby, kotleciki, pierogi, naleśniki (wiadomo, że hit) i inne pyszności, do tego raz ziemniaki, raz ryże (różne), raz miksy kasz i strączków. Zawsze z surówką, której także zawsze chociaż spróbują. Wszystko za średnią stawkę dzienną — przynajmniej na wrocławskie warunki.

Na podwieczorki nie zostają, bo ustaliliśmy, że na początek dzieci będą w przedszkolu do godziny 14.00, a potem zobaczymy. Ale wyczaiły od razu, że one idą do domu, a reszta dostanie podwieczorek. Już usłyszałam błagalne pytanie: „A kiedy zasłużymy na podwieczorek?”. Cóż, na razie staram się przygotować im coś w domu na powrót.

Nauczycielki do jedzenia nie zmuszają, choć na prośbę niektórych rodziców prowadzą tabelki, w których zaznaczają, czy dziecko zjadło. Nie wiem, nie przyglądałam się. Moje jedzą tyle, ile potrzebują, a na razie tabelki im nie przeszkadzają.

Naklejki, pieczątki

Miałam dużo obaw związanych ze stosowaniem systemu nagród i kar w postaci złych i dobrych naklejek czy pieczątek. Zwłaszcza że Leoś pierwszego dnia przyszedł z jakimś serduszkiem na ręku, ale nie mówił, żeby to było związane z nagrodą za coś. Zresztą nie powtórzyło się, więc temat odkładam, choć pozostaję czujna.

Nauczycielki w moim odczuciu są naprawdę w porządku, a moje dzieci chyba trafiły tak jak potrzebowały. Natka do dwóch energicznych pań, Leoś do spokojniejszych i bardzo empatycznych. Po dwóch tygodniach nie mam zastrzeżeń.

Jak sobie radzę z tym ja

Mimo że bardzo nastawiałam się na edukację domową i wciąż nie składam broni, to mam dość silne poczucie odzyskania przestrzeni. Zaryzykowałabym nawet zdanie, że ja się w tym odnajduję. Wczesne wstawanie wymusiło nie tylko na dzieciach wczesne chodzenie spać. Czuję, że nareszcie wyszłam naprzeciw potrzebom mojego organizmu, który, odkąd pamiętam, był bardziej rannym ptaszkiem niż nocną sową. Ja to czułam od dawna, kiedy zasypiałam razem z dziećmi, w ubraniu, z niedokończonymi sprawami. Nie mogłam się jednak zebrać do powrotu na właściwe tory. Teraz zasypiam między 22 a 23, budzę się o szóstej (docelowo chcę o piątej), jestem wyspana i mam dużo energii.

Kiedy dzieci nie ma, pracuję, piszę, szukam i układam. Nie rzuciłam się w wir sprzątania chaty po pięcioletnim wiecznym burdlu, choć zapawdę powiadam, że to wszystko woła o odgruzowanie. Wiem jednak, że jak zacznę, to przez miesiąc utknę w starych rzeczach, zamiast zająć się pracą.

Kiedy przychodzą weekendy, witam je z przyjemnością, pozwalamy sobie na dłuższe leżenie w łóżku, jak to mieliśmy w zwyczaju codziennie. Cieszę się na nie i doceniam tym bardziej, że wiem, że są wyjątkiem. Dzieci na razie wciąż są zdziwione sobotą i faktem, że tego i następnego dnia do przedszkola się nie idzie. Zaistniał więc w naszym słowniku wyraz WEEKEND. 

Nabieramy rytmu.

Jak to jest z tym poniedziałkiem?

Dziś poniedziałek, trzeci przedszkolny. Wciąż jeszcze tego nie mam i chciałabym, żeby tak zostało. Nie czekam przez cały weekend na poniedziałkowy poranek jak na zbawienie. Nie wyprawiam dzieci z ulgą do placówki, żeby one były TAAAAM (jak to w swoim stan-upie wyraził się Abelard Giza). 

Dostrzegamy minusy przedszkola

Wirusy

Pierwszym minusem są choróbska. Powiedzmy, że moje dzieci nie grzeszą superwysoką odpornością i sezon grzewczo-smogowy spędzamy z katarami i kaszlami, choc nigdy nie przerodziło się to w nic poważniejszego, ani razu nie musiałam podawać antybiotyku. Marzę o tym, żeby tak pozostało. Jednak liczę się z różnymi atrakcjami epidemiologicznymi. Profilaktycznie stosuję naturalne sposoby podnoszenia odporności i zwalczania drobnych infekcji: sok z czarnego bzu, olej z czarnuszki i miód. 

Zmęczenie

Mimo że nasze dzieci są w przedszkolu tylko w godzinach 8-14, to wracają dość zmęczone. Natalia w miarę szybko się regeneruje i biegnie na dwór, za to Leon często w drodze do domu zasypia — stąd zresztą nasza decyzja pozostaje w mocy, żeby nie trzymać ich tam aż do podwieczorku. Jeśli zaśnie, to prześpi 2-3 godziny, przez co nie jest w stanie zasnąć wieczorem o odpowiedniej porze. Jak nie prześpi się, to do wieczora pozostaje w nieco zwolnionym trybie.

Co z tego wynika? Ano jeden wniosek: oni oprócz przedszkola nie nadają się już na żadne zorganizowane zajęcia. Nie zapisujemy ich na balety, judo i inne cudowności organizowane w przedszkolu po godzinie 16. Rezygnujemy z innych zajęć, bo dojazdy ze zmęczonymi dziećmi na popołudniowe aktywności i powroty z dziećmi padniętymi po prostu sensu nie mają. 

Na próbę zostawiamy jedynie ludową rytmikę organizowaną przez wrocławski zespół pieśni i tańca — ale tylko dlatego, że chodzimy tam od początku, tj. od półtora roku, a projekt niedługo się kończy. Obserwujemy jednak, czy będą dawać sobie z tym radę.

Na próbę także skorzystamy z możliwości nauki pływania organizowanej przez szkołę pływacką, która zabiera dzieci z przedszkola, ogarnia je na miejscu i odwozi z powrotem. Jeśli i to będzie za dużo, to także zrezygnujemy, mimo że ze wszystkich wszystkości basen uważam za najbardziej potrzebny — także ze względu na podkręcenie odporności. Leon od razu zrezygnował z tej propozycji — on po prostu wie, że to dla niego za dużo.

Potwierdza się zresztą moja ogólna konstatacja, że zajęcia dodatkowe są świetne dla dzieci nieprzedszkolnych i w edukacji domowej. A poza tym niepotrzebnie przeciążają.

Adaptacja do przedszkola i konsekwencja

Ponieważ to nasze dzieci zdecydowały o pójściu do przedszkola, a nie my ani sytuacja nas do tego nie zmuszała, mieliśmy łatwiejszą drogę adaptacyjną. Właściwie nie było problemu. Być może pewną niedogodność stanowi fakt, że oboje wchodzą do grup, które już istniały. U Leona zaledwie pięcioro z dwudziestki piątki dzieci jest nowych, a reszta zna się od roku. Potrzeba trochę czasu i uważności ze strony nauczycielek, żeby udało się dzieci zintegrować. 

To, że rozpoczęcie przedszkolnej drogi jest ich własnym wyborem, sprawiło, że opieramy się na konsekwencji. Ich decyzje pociągnęły moje decyzje zawodowe i wspólnie ustaliliśmy, że trzymamy się tego, dopóki jest wszystkim dobrze. To oznacza, że nie przewiduję, żeby dzieci teraz same decydowały, czy mają ochotę, czy nie chce im się iść do przedszkola. Nie chcę, żeby to było w kratkę, bo jak wspomniałam, odnajduję się w tym zrytmizowanym grafiku i nareszcie jestem w stanie sobie (sobie!) coś zaplanować.

Do tej pory zdarzyły się 2 dni nieobecności Natalki z powodu kaszlu (co nie podlega dyskusjom i negocjacjom) i 1 dzień Leona z powodu, że chciał poukładać tory dla pociągów, a po południu ma za mało czasu. Okej, pozwoliłam mu na to, mówiąc od razu, że zaplanowałam sobie na ten czas pracę i będę się nią zajmować. Na razie nie miał więcej takich pomysłów.

Podsumowanie

Po pierwszych dwóch tygodniach wydaje się, że wszystkim wychodzi to przedszkole na dobre. 

  • Dzieci spełniają swoje marzenie, i niech tak zostanie, dopóki im się to podoba, nie zgłaszają obiekcji. 
  • Ja zyskuję przestrzeń osobistą, mogę zająć się dorosłymi sprawami. Odeszłam od garów, nie muszę zastanawiać się, co przygotować, żeby na pewno zjedli. Mimo że gotować lubię, to naprawdę dobrze mi z tą myślą, że nie muszę, a oni są dobrze nakarmieni. 
  • Tomek odwozi i przywozi ich rowerem z przyczepką, nabijając kilometry w ulubionych aplikacjach (o tym zresztą będzie następny wpis-podsumowanie — o naszym przeszło roku bez samochodu).

Jest dobrze, ale jeśli dzieci uznają, że to nie dla nich, na co po cichu jednak liczę, to też to przyjmiemy z radością. Mamy wizję rodziny poza głównym nurtem, bez gonitwy, bez przymusu, bez zabiegania. Tylko zorganizujemy się jakoś sensowniej niż dotychczas, bo jedno, co mi zostaje, to to, że pewien ustalony rytm i schemat dnia jest całkiem zdrowy i pozwala na więcej.

1 komentarz
  1. 20/09/2019

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.