HBAC — mój domowy poród

Mam za sobą 3 porody, każdy kompletnie inny. Prawie cała gama możliwości. Pierwsze cięcie cesarskie koronujące kaskadę interwencji medycznych. Drugi VBAC (vaginal birth after caesarean) szpitalny, czyli poród drogami natury po cięciu — w całości był moim porodem na tamtą moją gotowość, świadomość i wiedzę. I ten ostatni, HBAC (home birth after caesarean), czyli poród domowy po cięciu cesarskim — choć niemałe znaczenie ma to, że nie bezpośrednio po cięciu.

Miesiąc porodowy

Opowieść zacznę od skończenia 37 tygodni ciąży. Oficjalnie ciążę donosiłam, dzidziuś nie będzie wcześniakiem. Jestem dzień po ostatniej wizycie u mojej ginekolożki, dzięki czemu wiem, że powoli moje ciało się szykuje do porodu (rozwarcie na palec). Tego dnia przyjeżdża Kamila, moja domowa położna, na ostatnią kwalifikację. Wszystkie badania mam w normach, w USG wszystko poprawnie, GBS ujemny, glikemia pod kontrolą (mam stwierdzoną cukrzycę ciążową, ale trzymam mocno dietę i nie mam przekroczeń poziomu cukru). Dostaję zielone światło na domowy poród.

To dobrze, myślę, patrząc na basen w rybki, w którym mam zamiar urodzić, a który odważyłam się kupić dopiero po tym szczegółowym USG tydzień temu. Mam już prawie wszystko. Ubranka dla dziecka, środki higieniczne w ilości podwójnej. Mam spakowaną torbę do szpitala. Mam świeczki zapachowe i wybieram jeszcze piosenki do porodowej playlisty. W domu czysto jak nigdy przedtem i — z żalem to piszę — nigdy potem.

Czekam. Jestem pewna, że urodzę 4 sierpnia. Dzień wcześniej Księżyc jest w pełni, po prostu świetnie się to składa, bo to prawie mój termin. Postanawiam nie być bierną i gdy mijają upały, wieczorami wymykam się na spacery, niezrażona zmasowanymi atakami komarów. Chodzę, słucham tej playlisty, czasem podtańcowuję.

Dwa dni do pełni Księżyca. Czy wywoła mój poród?
Jutro pełnia. Księżycu, daj moc…

I… nic. Bo chyba jak pełnia wypada w bardzo pochmurną noc, to nie działa. Na mnie nie zadziałała w każdym razie. Nie wpadam w paranoje, do terminu, od którego dopiero zacznie tykać zegar, jeszcze dwa dni. I… nic.

Termin. Dzwoni rano Kamila, podskakuję na krześle z przejęcia, no bo nie mam dobrych wieści, nic się nie dzieje. Brzuch się tylko spina bezboleśnie (choć twardy jak kamień się robi). Umawiamy się na następny dzień na KTG.

Badanie wychodzi prawidłowe, badanie wewnętrzne daje dużo nadziei, bo się zrobiły już 3 cm rozwarcia i dzidziuś czeka nisko. Pytam o opinię odnośnie koktajlu położnych, bo rozważam w ostateczności jego sporządzenie. Ustalamy, że przez 2-3 dni poodpoczywam sobie, a koktajl wypiję w weekend, ewentualnie.

Moja psychika balansuje pomiędzy “wiem, że wkrótce urodzę, nie da się przecież inaczej” a “nie zdążę, nie zmieszczę się w widełkach, Kamila pojedzie na urlop, czeka mnie szpital”.

Odpoczywanie idzie kiepsko, bo za dnia próbuję nie zepsuć porządku w domu, po południu biegam z dziećmi po placach zabaw, wieczorami spacery (dwa razy porwałam się dodatkowo na chodzenie po schodach z przykucami na półpiętrach), a potem padam na bok, bo na twarz się już nie da.

Nastrajanie

W niedzielę, 9 sierpnia, Tomek zabiera dzieci daleko ode mnie. Mam ten swój relaks, między oczywiście myciem podłogi (z mocnym postanowieniem, że robię to ostatni raz przed porodem) a sprzątaniem łazienki. Skaczę na piłce, próbuję uskutecznić trochę jogi (z dłuuuugimi kucami w malasanie), słucham relaksacji i medytacji. Nastawiam się, że dziś się zacznie.

Wbrew diecie cukrzycowej jem ananasa (próbuję bilansować ten posiłek jogurtem i orzechami, ale skutek mizerny — odpuszczam dzisiaj sobie). Przygotowuję masło migdałowe, jeden ze składników koktajlu wywołującego poród. 

Wracają dzieci. Ja już solidnie nastawiona na DZIŚ. Tomek artykułuje coś w stylu “a może nie pij tego dziś, to bym jeszcze cośtam cośtam dokończył?”. WHAT?!

Wychodzę z dziećmi na dwór i próbuję wrócić na poprzednie tory. Właśnie że dziś, bo drugi raz się tak nie nastroję i zostanę w tej ciąży na zawsze.

Wracamy. 19.50 wypijam koktajl położnych. Przepisów jest dużo, mój był taki:

  • szklanka soku pomarańczowego
  • szklanka wody gazowanej
  • 3 łyżki masła migdałowego
  • 2 łyżki oleju rycynowego

Zasada działania ma być taka: olej rycynowy ma właściwości mocno przeczyszczające. Pobudzi jelita do pracy. Szalejące jelita pobudzą macicę i się zacznie. Spodziewam się atrakcji gastrycznych, ale nic się nie dzieje (i nie zadziało do końca, więc nie wiem, czy to kwestia oleju, koktajlu, nastawienia czy przelania tej jednej ostatecznej kropli oksytocyny).

Tomek kładzie dzieciaki spać, ja się kładę na sofie, rozmyślam, co mnie zaraz spotka (po tym oleju) i masuję sutki. Bo ze wszystkich wywoływaczy tylko to masowanie przynosiło jakiekolwiek rezultaty. Masuję i zaczyna się spinać brzuch. I czuję, i cieszę się, że nareszcie spina się lekko boleśnie. 

Rodzę

Mamy więc ok. 22.00 pierwsze lekkie skurcze. Zostawiam masowanie, jestem już cała oblana siarą. Wóz albo przewóz. Jak się wyciszą, to trudno, powoli zacznę godzić się z wizją porodu w szpitalu (jest niedziela, we wtorek powinnam zrobić USG, żeby położna dała mi jeszcze trzy dni). 

Ale one się nie wyciszają. Są lekkie, ale bolesne i przychodzą same. Pełnia szczęścia.

Mówię Tomkowi, że może coś z tego będzie. Przytakuje, ale jak się później okazało, nie dotarła wtedy do niego istota tej informacji.

Instaluję sobie aplikację do liczenia tych moich skurczyków kochanych. Klikam sobie, cieszę się, Tomek trochę niedowierza.

Ja też niedowierzam, bo jednak nie zareagowałam na olej rycynowy w żaden sposób. Ale może to była ta kropelka, ta masa krytyczna, która wszystko uruchamia.

Aplikacja pokazuje coś niesamowitego. Skurcze są co 2-3 minuty i trwają ok. 30-40 sekund. Wow tak często! Cieszę się. Idę sprawdzić, co się stanie pod prysznicem. Polewam brzuch wodą i liczę dalej. Wyhamowują, są co 4-5 minut. Cień niepewności przelewa mi się przez głowę, że może ustaną, jak się będę tutaj tak polewać. A z drugiej strony cieszę się, że mogę odrobinę dłużej między nimi odpocząć, bo przybierają powoli na sile i takiego wytchnienia mi trochę brakuje.

O północy wysyłam Kamili zrzut z aplikacji. Skurcze są co 1,5-2 minuty i trwają 30-40 sekund. “Jest na razie spokojnie, jeśli chodzi o intensywność”.

Aplikacja do mierzenia suczy - Logomatka
SMS do położnej. Jak te skurcze cieszą (jeszcze)

Kamila radzi, żebym spróbowała się zdrzemnąć. Próbuję. Ale to niemożliwe już.

Idę jeszcze raz pod prysznic, co przynosi ogromną ulgę. Woda jest cudowna. Pytam po wszystkim Tomka, jak długo tam siedziałam, bo wydaje mi się, że wieki i wylałam gigahektolitry wody, a Matka Ziemia płacze. Ale podobno kilka minut.

Zostawiam aplikację, już mnie tylko denerwuje to klikanie. Nie sądzę, żeby się to miało zatrzymać.

O pierwszej Tomek rozkłada i ścieli naszą sofę narożną i ona już tak zostanie na długie miesiące, bo stanie się od tego czasu centrum naszej nowej codzienności. Pompuje basen, w którym bardzo chcę urodzić. To dla mnie oczywiste, nie chcę gdzie indziej. Jest ogromny, ale udaje się go zmieścić.

Przypominam sobie, że mam wstawić poporodową zupę mocy (bardzo mocny rosół z dodatkami typu buraki, imbir, kurkuma). Mam wszystko naszykowane od dwóch tygodni, warzywa poszatkowane w zamrażarce itd. Tylko wrzucić do garnka. Opieram się o blat w kuchni i myślę sobie podczas skurczu, że a w sumie to kiedy indziej (tak, było tam też niecenzuralne słowo). Nie dam rady schylić się po garnek.

Od tej chwili poród spędzam bardzo… nieaktywnie. Gasimy światło, kładę się na brzegu, na rożku, na samym końcu łóżka na boku i już tam zostaję. Nadchodzą skurcze odczuwane w krzyżu, a z tym samej już mi ciężko się rozprawić. Do akcji wkracza Tomek, kontruciskając mi kość krzyżową.

2.30 piszę do Kamili, że z tej drzemki to nic nie będzie i czy czekać na nią z laniem wody czy można już teraz. Można. Gdy zaczyna się lać do niego woda, Tomek postanawia obliczyć, czy wytrzyma to strop. Z obliczeń wynika, że na dwoje babka wróżyła. Ale lejemy.

Ja sobie dalej leżę, na skurczach mruczę czy jęczę, różnie, Tomek naciska plecy. Boję się iść siku, bo ja już wiem, że to zaboli. Jest mi potwornie gorąco, bo upalna noc, wiatrak chodzi i wieje prosto w twarz. I jest mi okropnie zimno, cała po szyję opatulona jestem kołdrą. Teraz jak o tym myślę, wydaje mi się to niemożliwe.

Jest mi dobrze i ciężko. Jest tak, jak ma być po mojemu. Śpię między skurczami i nikt mi w tym nie przeszkadza! Wszystko zlewa mi się i zasnuwa mgłą i jest tak intensywnie i pięknie. 

O 3.00 proszę, żeby Tomek już zadzwonił do położnej, żeby przyjechała. Czuję podczas tej ich rozmowy ostre świdrowanie w miednicy, czuję, że dzidziuś się tam przepycha i robi miejsce.

To jest mniej więcej ten moment, kiedy myślę, że jednak cofam ten koktajl, te masaże sutków, ja poproszę przerwę, ja dokończę jutro. I zaraz śmieję się w duchu, bo wiem, że to jest kryzys siódmego centymetra, to zaczyna płynąć adrenalina, która ma mi dać kopa na koniec, to jest początek końca! Zostaję w tym i dalej się cieszę.

Kiedy Tomek oddaje mi telefon, a mnie mija skurcz, wraca mi na chwilę ostrość umysłu i piszę szybko do Kamili SMS z kodem do domofonu. No żeby dzieci nie pobudzić!

Ciekawe, ani przez chwilę nie pomyślałam, że to ja mogę je obudzić jękami.

Potem zatapiam się w tej swojej mgle z powrotem.

Tomek jeszcze mnie mobilizuje, bo przypomniał mu się film, który razem oglądaliśmy “Poród to ruch”. Że każdy ruch ciała wpływa i zmienia ułożenie dziecka w miednicy i kanale rodnym. Ja wiem, ale ja chcę leżeć na boku. I zostaję tak jeszcze chwilę. Idę jednak do toalety zrobić siku, to jest maksymalna moja dawka ruchu w tym porodzie. 

3.40. Wracam na mój brzeżek sofy, okrywam się kołdrą i wchodzą położne — Kamila z Gabrysią, praktykantką, którą poznałam, kiedy byłam na KTG. Dla Gabrysi to będzie pierwszy domowy poród. I pierwszy z dzieckiem-niespodzianką (bo my wciąż nie wiemy, kto do nas idzie).

Czuję się bezpieczna. Kamila chce mnie zbadać, ale czeka, aż skończy mi się skurcz. Osiem centymetrów. Dziewięć, w skurczu dziewięć.

— Zaraz urodzisz, Madzia.

Jak mnie to zaskoczyło. Ja w tym wszystkim, w tym bólu, masowaniu, w tej mgle zapomniałam, że to się naprawdę skończy urodzeniem mojego nowego dziecka!

Kamila bada jeszcze tętno maluchowi i nareszcie wchodzę do basenu. Nie weszłam tam wcześniej, bo byłam pewna, że nie wyjdę na to badanie.

Otula mnie ciepło wody, jest mi tam absolutnie cudownie. Do pierwszego skurczu. Teraz czuję już wyłącznie plecy i nie pozwalam, żeby Tomek się ode mnie ważył oddalić. Musi to ogarniać przecież. Czyli na skurczach kontruciski Tomka, pomiędzy skurczami błogość, ciepełko, woda i wiatr w twarz z wiatraka. I lemoniada, chociaż bez cukru.

Położne siedzą w kuchni nad papierami.

Mija tak kilkanaście minut, kilka skurczów i wtem czuję, że coś się zmienia. Wszystko się zaciska. Udaje mi się wyrzucić z siebie, że “paaarteee”.

Poród do wody. Basen w rybki. domowy poród
4:05 — nie mam pojęcia, że za 11 minut będę tulić synka

Przychodzi Kamila z Gabrysią, stają przy basenie. Ja próbuję sobie poradzić, przybieram pozycję: jedna noga kuca, druga klęczy (chyba nie mogłam się zdecydować). Na kolejnym skurczu czuję znów tę ogromną siłę we mnie. Mam miliard myśli. Poddać się, nie poddać, kontrolować? Przeć? Oddychać? Dmuchać świeczki? Jak mam siedzieć? Czy to mnie rozerwie? Wszystko w ułamku sekundy.

Puszczam te myśli i robię to, co muszę, co moje ciało mi każe. Moja ręka czeka na główkę, ale nie spodziewałam się jej tak szybko. Nie wiem tego na pewno, ale to był chyba ten drugi skurcz z miliardem myśli.

Jest, miękka, jaka miękka! Tylko moja!

Boję się. Czuję i widzę pępowinę okręconą dookoła szyi. Mówię to Kamili.

— Zdejmij ją

Pewnie, człowiek tyle pępowin się w życiu nazdejmował, żaden problem. Kamila sprawdza, nie ma żadnej pępowiny. 

Czekamy na ten drugi skurcz. Mijają lata. Jestem ja i ta głowa pod wodą.

Przychodzi skurcz, wyślizguje się reszta mojego dziecka, wyławiam je od razu i kładę na sobie. Jest 4.16. Druga faza porodu trwała pięć minut.

Dzidziuś leży na mnie i nie płacze, zaczyna tylko gulgotać, za chwilę oddycha całkiem normalnie.

Mam koktajl emocji w sobie. Zrobiłam to, urodziłam w domu, w basenie. Sama! Po cięciu cesarskim. Bez nacięcia krocza. Bez wysiłku, bez leków, kroplówek i znieczuleń. Tak się da.

Sekundy po urodzeniu synka. Emocje.
To zdjęcie to emocje. Moje widać, ale słabo, bo po drugiej stronie stoi równie poruszony Tomek.

Z tej euforii wyławia mnie Tomek, kiedy dotyka moich ramion. Wracam do tu i teraz. Kamila osłuchuje malucha, przyznaje 10 punktów, podziwiamy tętniącą pępowinę, słyszymy zmianę oddechu. Po dłuższej chwili przypomina nam się, że nadal nie znamy płci. Kamila sprawdza. Chłopak. No to nie mamy imienia.

Badanie noworodka w pierwszych chwilach życia
Pierwsza minuta życia, a ja myślę, że minęły już wieki.

Położne wychodzą do kuchni uzupełniać dokumentację. My czekamy na ustanie tętnienia i urodzenie łożyska. Ostatecznie odcinamy pępowinę po 50 minutach i za chwilę rodzi się całe łożysko. Wychodzę z basenu i kładziemy się do łóżka na pozostałą godzinę kontaktu skóra do skóry. Mierzymy jeszcze małemu glikemię — jest w porządku, oddycham z ulgą. Potem synka przejmuje Tomek, ja idę pod prysznic i ubieram się w czystą koszulę. 

Żegnamy się z położnymi i zostajemy we trójkę. Tomkowi zostało już tylko jedno. Posprzątać (m.in. 30 kursów z wiadrem z wodą z basenu). Udało się. Prawie już przysypiając, doczekujemy w końcu pobudki starszaków. Najpierw Natalka przynosi dokończony rysunek rodziny. Stoi 10 cm ode mnie i nie ogarnia zmiany. Jest mocno zdziwiona. Za chwilę dołącza Leon równie nieogarniający i zdziwiony. Cieszą się, oglądają, gadają.

Potem robimy to, o czym marzyłam od 3 miesięcy diety cukrzycowej. Jemy czekoladowe lody!

Położne domowe.
Moja najlepsza porodowa asysta.

Podsumowując

Poród od pierwszego skurczu trwał 6 godzin z hakiem. Druga faza 5 minut. Trzecia faza 50 minut. Nie pękłam, wyszłam z lekkim otarciem (absolutnie nie wymagało szycia). Chłopak zdrowy i silny. Ja miałam poród marzeń. Bez wołania co chwilę na KTG, bez interwencji medycznej. Bez bolesnych badań podczas skurczu (bo tak lepiej czuć). Mogłam spać między skurczami (chciałam tego przy poprzednich porodach, ale było to niemile widziane). Miałam ciemno, cicho i był basen. Nikt mi nie mówił, co mam robić, bo wiedziało to moje kobiece ciało. 

Nie spodziewałam się, że druga faza będzie taka szybka. Nie spodziewałam się, że urodzę sobie dziecko sama. Byłam tym tak zaskoczona, że przez sekundę czułam się może nawet opuszczona? Ale wiem teraz, że to było rewelacyjne doświadczenie.

To było doświadczenie życia.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *